Pokaż mi swoją wiarę

Jakiś czas temu dopadł mnie ból w plecach. Po zdiagnozowaniu okazało się, że to problem stawu krzyżowo biodrowego, na skutek zbyt długiego siedzenia i braku ruchu. Po kilku zabiegach ból ustąpił. Otrzymałam też zalecenie, i zostałam przekonana, by wykonywać określone ćwiczenia, które w przyszłości będą zapobiegać takim kłopotom. Jednak od przekonania do wykonania droga daleka. Nie jest mi łatwo dyscyplinować się tak, by moją wiarę w skuteczność ćwiczeń praktykować w codziennym nawyku. Mój mąż po podobnych problemach zdrowotnych przed laty, dzisiaj regularnie ćwiczy, by trzymać w ryzach swoje ciało. Jego wiara i przekonania na temat skuteczności ćwiczeń w ochronie kręgosłupa, nie pozostają jedynie w głowie, w poglądach. On demonstruje tę swoją wiarę w codziennej gimnastyce.

Wiarę potocznie rozumiemy, jako zestaw poglądów i przekonań. Wiara obejmuje wszystkie sfery naszego życia. To wiarą i przekonaniami kierujemy się żyjąc tak, a nie inaczej, wydając pieniądze w określony sposób, zarządzając swoim czasem, budując relacje z innymi. Ci, którzy hołdują przekonaniu, że życie jest balem nad bale, po prostu balują. Ci, którzy wierzą w możliwość poprawy jakości swojego życia poprzez ciężką pracę, dietę czy sport, ciężko pracują, dbają o zawartość swojego talerza i są aktywni fizycznie. Ludzie otwarcie dzielą się swoimi przekonaniami na temat stylu życia. Otwarcie wygłaszają swoje poglądy na temat skuteczności aktywności fizycznej. Piszą publicznie o pokarmach, które leczą, o ćwiczeniach, które uzdrawiają. Jest wielu specjalistów, doradców czy osobistych trenerów chętnych, by pomóc w codziennym praktykowaniu tego, w co wierzymy.

Ponad te wierzenia i przekonania dotyczące doczesności, na pierwszy plan wysuwa się wiara w Boga, w Jego możliwości, w zakres Jego działania i wpływania na nasze życie. Dotyczy ona nie tylko spraw bieżących i jakości życia tu i teraz, ale wieczności. Wiara w Boga i jej jakość decyduje nie tylko o stanie naszego umysłu, o naszych emocjach, o stylu prowadzonego życia. Konsekwencje tego, czy wierzymy, w Kogo wierzymy i jak wierzymy dotyczą tego jak spędzimy wieczność. Jednak wyjątkowo tę wiarę i nasze przekonania na temat Boga traktujemy dzisiaj, jako sprawę bardzo osobistą. Dzisiaj, z powodu dziwnie rozumianej dbałości o wzajemne poszanowanie, z powodu rzekomej tolerancji, traktujemy wiarę w Boga, jako sprawę prywatną. W złym tonie jest rozmawiać o swoje wierze. W złym tonie jest wyrażać swoją wiarę. Ma być ona ukryta tak, by nikogo nie raziła. Tak, by nikt się nie musiał oglądać, czy domyślać się, w co wierzymy. Czy to jest właściwe rozumienie i traktowanie wiary? Czy rzeczywiście należy być dyskretnym chrześcijaninem, by nikt tego nie zauważał, by nikt się nie zorientował?

Pan Jezus na kartach Ewangelii wielokrotnie publicznie zarzucał swoim słuchaczom brak wiary. Wielokrotnie domagał się jej od swoich słuchaczy. Podkreślał, że to właśnie za sprawą wiary miały miejsce konkretne wyjątkowe sytuacje w życiu ludzi. Uzdrowienia, uwolnienia, nadprzyrodzony ratunek docierał poprzez wiarę. To przez wiarę przyjmujemy dar zbawienia. Jednak Jezus domagał się wiary nie jakiejś wielkiej, głośno wykrzyczanej na demonstracjach i wiecach z plakatami, wiary agresywnej, czy napastliwej; oczekiwał od swoich naśladowców wiary maleńkiej, skromnej jak ziarnko gorczycy… Czy jednak wiara ma być tak mała, że jest niewidoczna? Maleńka, niezauważalna, by mogła się ukryć w okruchach codziennego chleba w kieszeni? Zgodnie ze słowami Jezusa, mała wiara jak ziarno gorczycy ma wydawać wielkie owoce. Ma ona przenosić góry! (Mat 17:20) A takie wydarzenia jak przenoszenie gór nie są już takie osobiste, prywatne i niezauważalne.

Problem prywatności wiary nie dotyczy jedynie naszych czasów. Jak czytamy niektórzy ukrywali się ze swoją wiarą, „wielu członków Rady uwierzyło w niego, ale gwoli faryzeuszów nie wyznawali swej wiary, żeby nie zostali wyłączeni z synagogi” (J 12:42). Jak czytamy, Paweł chwali wierzących w Rzymie „Najpierw dziękuję Bogu mojemu przez Jezusa

Chrystusa za was wszystkich, że wiara wasza słynie po całym świecie” (Rzym 1:8). Zatem wiara od początku nie była jedynie kwestią postawy ich serca, czy jedynie prywatnych poglądów i przekonań.

Jak czytamy „wiara tedy jest ze słuchania, a słuchanie przez Słowo Chrystusowe” (Rzym 10:17). Słuchanie Słowa zawsze w Piśmie związane jest z konfrontacją, z koniecznością poprawy. Zatem, czy poważnie traktuję słowa z Listu Pawła do Tymoteusza, że „całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, do wszelkiego dobrego dzieła przygotowany” (2 Tym 3:16-17).

Jak traktuję to, w co wierzę? Czy codziennie postępuję zgodnie z moimi wierzeniami? Co robię z poglądami? Czy pozostają one jedynie uwięzione w mojej głowie w sercu i przy okazji biblijnych dyskusji chętnie się nimi podzielę? Czy moje słowa i czyny są integralnym wyrazem tego, w co naprawdę wierzę? Jak wzywa Jakub w swoim liście pokaż mi swoją wiarę (Jak 2:14-20). Nie mówi on: opowiedz mi o tym, w co wierzysz, ale pokaż mi swoją wiarę.

Nie da się nie zauważyć konsekwencji życia bez Boga. Przed kilkunastu laty organizowaliśmy w naszym mieście spotkania ewangelizacyjne. Każde z tych spotkań kończyło się wezwaniem do zawierzenia życia Bogu i do budowania relacji z Nim. Zachętą, by praktykować swoją wiarę zgodnie z Bożym Słowem. Jedni przyjęli zaproszenie na kolejne spotkania, jakim było między innymi studium biblijne, inni pozostali w strefie znajomych, trzymając się z dala od osobistego zaangażowania i zagłębiania swojej wiary. Po kilkunastu latach wyraźnie widzę tych, którzy poważnie potraktowali temat wiary jak i tych, co pozostali zamknięci na ciąg dalszy. Ci pierwsi zawierzyli Bogu swoje życie i życie swojej rodziny. Dzisiaj, zarówno oni, jak i ich dzieci żyjąc z Bogiem, z Jego Słowem wydają owoce swojej wiary. Ci zaś, którzy przez lata pozostali niezainteresowani osobistą relacją z Jezusem, niezainteresowani poznawaniem Słowa Bożego, pozostali jedynie jako ludzie „oswojeni” z ewangelicznie wierzącymi chrześcijanami. Po latach życia bez Boga, są rozbitkami. Prowadząc życie zgodnie z przekonaniami, że należy zawalczyć o swoje, mają rozpadające się relacje małżeńskie i trudne relacje z dorosłymi dzisiaj dziećmi.

To są takie ewidentnie widoczne następstwa wiary w Boga lub jej braku. Jednak co z nami, zadeklarowanymi wierzącymi w Boga, w naszych wspólnotach? Głośno wyznajemy posłuszeństwo Jego Słowu. Jednak czy często z naszą wiarą w Boga nie jest tak, jak z moją deklarowana wiarą w skuteczność ćwiczeń fizycznych, która pozostaje jedynie w przekonaniach, w myślach, w słowach, dyskusjach przy kawie? Czy moja, twoja deklarowana wzajemna miłość, która nie szuka swego, jest widoczna w codziennych różnicach zdań, w dyskusjach na forach społecznościowych, w codziennym traktowaniu drugiego człowieka. My prawdziwi uczniowie Jezusa, prowadzimy publicznie ze sobą święte wojny, ku uciesze publiczności. Są to bardzo drapieżne wojny o Prawdę, o pokój, o szacunek, o miłość do drugiego człowieka. Czyżby cel mógł uświęcać środki? Ja muszę się wypowiedzieć! Ja muszę przedstawić moje zdanie! Ja muszę skarcić! Ja muszę!... Mimo to, że w sercu deklaruję pokorę, mimo to, że zgadzam się z nakazem Jezusa by umywać innym nogi….

Patrząc na moje nietknięte sportowe buty uświadamiam sobie słabość moich przekonań dotyczących sportowego stylu życia. Moje przekonania bowiem nie są przekute w stosowne czyny. Nie pokazuję tego, co myślę i deklaruję słownie. A przecież ostatecznie to moje działania, moje zachowanie są sprawdzianem i wyrazem prawdziwości moich poglądów i wierzeń.

Mam również świadomość rozdźwięku między swoimi deklaracjami wiary w Boga, deklaracjami poddawania się Jego prowadzeniu, ze swoim codziennym życiem. Wiem, że i tu moje działania, zachowania są ostatecznym sprawdzianem i wyrazem prawdziwości mojej wiary w Boga. Modlę się o taką wiarę, która byłaby przekuta w czyny. Modlę się słowami zdesperowanego ojca, „wierzę, pomóż niedowiarstwu memu” (Mar 9:23).