Moja reformacja

Ostatnio podczas urlopu, po długim czasie, spotkałam znajomą ze swoim synem, młodym muzykiem. Korzystając z tego wspólnego pobytu, poprosiliśmy o kameralny koncert w gronie znajomych. Piękna gra młodego, utalentowanego człowieka dostarczyła nam wspaniałych wrażeń. Podczas rozmowy wspominaliśmy podobne nasze spotkanie z koncertem sprzed kilku lat. Już wtedy ów muzyk miał na swoim koncie liczne nagrody zdobyte podczas konkursów w kraju i za granicą. Planował wtedy studia za granicą u wielkich mistrzów. Dzisiaj po latach, można było słuchać muzyki w najlepszej formie. Jego studia zaowocowały wydaniem solowej płyty oraz trasami koncertowymi.

Pełen sukces. Można by powiedzieć, że już dość pracy, najwyższy poziom został osiągnięty. Zachwyceni, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie, kupiliśmy płytę i poprosiliśmy o osobisty wpis - dla cioci i wujka... Jednak młody człowiek opowiadał o planach dalszego rozwoju, o konieczności dalszych studiów. Pokornie mówił o potrzebie doskonalenia swojego warsztatu, o świadomości swoich braków, o konieczności utrzymywania dyscypliny kilkugodzinnych ćwiczeń gry. Przepraszał nas za to, że właśnie jest w nieco gorszej formie, ponieważ, będąc na urlopie, w ostatnich dniach nie ćwiczył ile trzeba...

Urzekła mnie ta świadomość konieczności dalszej pracy i dalszego rozwoju.

Ostatnio kupiłam koszulkę z nadrukiem pięknego roweru w kolorowych kwiatach i napisem cytującym Alberta Einsteina: „Życie jest jak jazda na rowerze. Żeby utrzymać równowagę musisz poruszać się naprzód.”

Ruch jest potrzebny w każdej dziedzinie. Tak jak utrzymywanie równowagi na rowerze jest możliwe właśnie dzięki jeździe na nim, tak też utrzymywanie się na wodzie doskonalimy pływając, czy stabilną, pewną jazdę na nartach zyskujemy poprzez systematyczne jeżdżenie na nartach. I tak jak powiedział nam młody gitarzysta, utrzymywanie równowagi i panowanie nad instrumentem doskonali się poprzez wielogodzinną grę.

Wiemy z doświadczenia, że stojący rower w piwnicy, czy narty oparte latami o ścianę zżera rdza. Wiemy, że w stojącym w garażu samochodzie rozładowuje się akumulator, odstawiony instrument w kąt, w bezruchu rozstraja się. A wcześniej nabyte umiejętności jakby zanikały.

Czy zechcemy tę prawidłowość dostrzec również w naszym duchowym życiu?

Niestety spotkałam już się ze słowami, po co znów czytać te same fragmenty Pisma? Znam je przecież, przeczytałem wszystkie Ewangelie i nic nowego już nie odkryję… Czyż taka postawa nie przypomina nam niedojrzałego dziecka, które podczas zajęć na lekcji biblijnej, już na starcie woła, „znam tę historię!”, dziecka, które po roku nauki języka angielskiego jest gotowe powiedzieć, że angielski już zna?

Inny mówi, jestem wdzięczny, że w moim życiu, dzięki Bogu dokonała się przemiana, Bóg otworzył mi oczy, a teraz będąc na właściwym miejscu, we właściwej wspólnocie po prostu utrzymuję równowagę. Czy jednak jest możliwa ta duchowa równowaga w bezruchu? W kościelnej ławce?

Pismo wyraźnie mówi, żebyśmy nie byli już „dziećmi, miotanymi i unoszonymi lada wiatrem nauki przez oszustwo ludzkie i przez podstęp, prowadzący na bezdroża błędu”. Naszym przeznaczeniem jest dojść do wymiarów męskiej doskonałości, do wymiarów pełni Chrystusowej. (Ef 4:13-14). Czytamy też, „to, co już od dawna zawiera Pismo, zostało napisane dla naszego pouczenia, abyśmy przez wytrwałe czytanie Pisma znajdowali pociechę i nadzieję.” (Rzym 15:4). Co może oznaczać owo wytrwałe czytanie? Czy nie właśnie studiowanie, rozważanie ponownie tych samych fragmentów, które raz niosą pociechę i nadzieję, a innym razem pouczenie?

Nie dojdziemy do wymiarów doskonałości, do wymiarów pełni Chrystusowej, jeśli nie będzie w życiu wytrwałości w czytaniu Pisma, osobistego rozwoju, owego poruszania się naprzód. Bez tego grozi nam zapomnienie i utrata tego, co mamy. A przecież nasza wiara ma być czynna w miłości (Gal 5:6). Czytamy, miłość braterska niechaj trwa. Gościnności nie zapominajcie; przez nią bowiem niektórzy, nie wiedząc o tym, aniołów gościli.” (Hebr 13:1-2). A nie zapominajcie dobroczynności i pomocy wzajemnej; takie bowiem ofiary podobają się Bogu.” (Hebr 13:16).W innym miejscu znajdujemy wiele wskazówek, które brzmią jak zasady dobrego codziennego treningu: „Miłość niech będzie nieobłudna. Brzydźcie się złem, trzymajcie się dobrego. Miłością braterską jedni drugich miłujcie, wyprzedzajcie się wzajemnie w okazywaniu szacunku, w gorliwości nie ustawając, płomienni duchem, Panu służcie, w nadziei radośni, w ucisku cierpliwi, w modlitwie wytrwali; wspierajcie świętych w potrzebach, okazujcie gościnność, błogosławcie…” (Rzym 12:9-14). Wszystko po to, by nie tylko trwać w łasce, lecz by w niej wzrastać, by łaska się rozrastała.

Można się zastanawiać nad tym, co nas powstrzymuje od tej właściwej aktywności. Co powoduje naszą duchową ociężałość? Podpowiada nam tutaj znowu autor listu do Hebrajczyków. „Przeto i my, mając około siebie tak wielki obłok świadków, złożywszy z siebie wszelki ciężar i grzech, który nas usidla, biegnijmy wytrwale w wyścigu, który jest przed nami, patrząc na Jezusa, sprawcę i dokończyciela wiary” (Hebr 12:1-2). Wyraźnie widzimy, że to ciężar grzechu nas usidla i powoduje niemoc w wytrwałym biegu. To tak jak w sporcie, zbytnia ociężałość, przeciążenia, balast, osłabiają biegacza. Co jest moim i twoim balastem? Może błędne myślenie, że nie potrzebuję nigdzie biec, że nie potrzebuję nic nikomu okazywać? Może brak wytrwałości, ów słomiany zapał, który jest nam dobrze znany w wielu dziedzinach życia? A może jakieś wcześniejsze niepowodzenia, rozczarowania, czy próby zatrzymują mnie w miejscu?

Nie ma urodzonych biegaczy, nie ma urodzonych pływaków, narciarzy, czy muzyków. Nie ma urodzonych czynicieli dobra. Bóg przez proroka Izajasza woła, „uczcie się dobrze czynić, przestrzegajcie prawa, brońcie pokrzywdzonego, wymierzajcie sprawiedliwość sierocie, wstawiajcie się za wdową” (Iż 1:17). Tak jak gry na gitarze uczymy się grając na gitarze, tak czynienia dobrze, czy przestrzegania prawa uczymy się czyniąc dobrze i przestrzegając prawo. Jak czytamy w Liście Jakuba, „poczytujcie to sobie za najwyższą radość, bracia moi, gdy rozmaite próby przechodzicie, wiedząc, że doświadczenie wiary waszej sprawia wytrwałość, wytrwałość zaś niech prowadzi do dzieła doskonałego, abyście byli doskonali i nienaganni, nie mający żadnych braków.” (Jak 1:2-4)

Tak jak wspomniany wyżej młody, utalentowany gitarzysta nie jest doskonałym gitarzystą, tylko muzykiem, który nieustannie doskonali swój warsztat, tak też nie można powiedzieć, że się jest człowiekiem pełnym, doskonałym, gdyż wszyscy stajemy się takimi powoli, nieustannie, aż do końca życia. Nie można tego zwłaszcza powiedzieć o chrześcijaninie. Rozwój ziemski człowieka jest ograniczony w czasie. Natomiast rozwój duchowy jest nieograniczony w czasie, prowadzi nie do grobu, lecz do wymiarów pełni Chrystusowej. Jak czytamy: „umiłowani, teraz dziećmi Bożymi jesteśmy, ale jeszcze się nie objawiło, czym będziemy. Lecz wiemy, że gdy się objawi, będziemy do niego podobni…” (1 Jn 3:2). A więc być chrześcijaninem to nie znaczy być posiadaczem prawdy tu i teraz, lecz oznacza bycie jej nieustannym poszukiwaczem. Wierzyć w Boga nie oznacza posiadać Boga, znać go i rozumieć doskonale Jego plany i zamysły. Wierzyć, znaczy szukać Boga, Jego ścieżek, Jego woli, szukać Go coraz żarliwiej i nieustannie, i w praktyce spełniać tę wolę.

Czy wystarczy, że siedzę w ławce właściwego kościoła, tego, który jest przed wiekami zreformowany? Na czym polega istota Reformacji w moim życiu? Moja osobista Reformacja nie może być jednorazowym aktem zmiany. Życie człowieka bowiem, aby pozostawało w równowadze, musi być w ciągłym ruchu, pełne dynamiki. Ma ono być nieustannym czytaniem żywego Słowa, nieustanną pokutą, ma być nieustanną przemianą, nieustannym pięciem się wzwyż, oraz nieustannym kopaniem coraz głębiej w kopalni prawdy żywego Boga.