Ziarno, śmierć i życie

To co siejesz, nie ożywa, jeśli nie umrze. (1 Kor 15:36)

 To wyjątkowe Słowa apostoła Pawła. Na kilku różnych poziomach.

W swoim bezpośrednim kontekście uczą Koryntian, że fałszywa jest nadzieja na zmartwychwstanie bez śmierci. To co siejesz, nie ożywa, jeśli nie umrze. Nie umiera życie. Życie trwa. Ale jego etapy nieubłaganie i koniecznie, jeśli mają sprawić by życie trwało, muszą odejść. I tak nasienie rodząc życie, przemija.

Czego to jest obrazem? Naszego ciała. Ciała, które w bardzo bezpośredni sposób jest nami. Nie znam innego siebie, jak tego siebie, który ma ciało, które teraz uderza w klawiaturę komputera. Tego, które siedzi na moim fotelu i od czasu do czasu popija kawę. To ja.

Ale to nie ja ostateczny. Apostoł Paweł to obecne moje ciało porównuje do ziarna. Ziarno jest dobre, ale nie ostateczne. Ma w sobie tożsamość przyszłej rośliny, ma wszystko, co będzie jej potrzebne, ale nie jest tym, czym będzie. Stanie się czymś nowym, doskonalszym, bardziej użytecznym. Stanie się, ale aby się stać, musi przestać być ziarnem.

Czy to źle, że ziarno przestaje być ziarnem? No cóż, jeśli wyobrazimy sobie, że ziarna mogłyby stworzyć własne społeczeństwo, w którym wiele z nich zaprzecza istnieniu pozaziarnowemu, uważając przekonanie niektórych ziaren o przyszłym życiu jako roślina za szkodliwy mit, to zapewne źle. Jeśli uznać, że bycie ziarnem jest najlepszym i jedynym, co nas może spotkać, to oczywiście śmierć ziarna jawi się wtedy jako jego koniec, a bycie ziarnem jako wyłączna forma istnienia.

Pytanie więc brzmi jak postrzegamy nasze ciała. Czym one dla nas są? Czy ziarnem? Czy wszystkim, na co możemy liczyć?

To co siejesz, nie ożywa, jeśli nie umrze. Ziarno, aby stać się rośliną, musi przejść przez rozkład. Ziarno pęcznieje, oddycha, ale łupinka gnije i pęka. Ziarno kiełkuje – pojawia się maleńka łodyżka i korzeń, czyli wszystko, co ostatecznie roślina będzie posiadać.

Owo gnicie, przemijanie, jest więc konieczne dla nowego. Myślę, że jest to bardzo ważne aby podkreślić, że istnieje ciągłość. Ja nowy zachowuję ciągłość ze mną takim, jakiego siebie znam. Nowy, zmartwychwstały w Jezusie Chrystusie Mateusz Wichary będzie jakoś podobny do tego, którego znacie.

Ale będę też, dzięki Bogu inny. Do końca nie wiem jak, ale wiem, że na wzór zmartwychwstałego Jezusa – pierwociny zbiorów, w których, jak ufam, będę miał udział; na dobry wzór, wzór Nowego Człowieka, a nie jakiegoś innego bytu. Chrystus po zmartwychwstaniu nie przestał być Człowiekiem. Przeciwnie. Jako Człowiek właśnie zasiada po prawicy Ojca. I jako Człowiek, Jeden z Nas, powróci do swojej własności. Swojego Królestwa, które odkupił i pozyskał dla siebie. Ten świat znów, będzie inny, będzie oczyszczony, a ludzkie dzieła w nim „spłoną” w ogniu, jak przypomina nam apostoł Piotr (2 P 3:10). Ale jednak będzie jakoś z tym światem, o czym przypomina nam apostoł Paweł w Rzymian 8. Natura i stworzenie, nie czeka na swoją śmierć. Przeciwnie. Czeka, że „będzie wyzwolone z niewoli skażenia ku chwalebnej wolności dzieci Bożych” (w. 21). Obraz jest wyzwoleniem do lepszego, nie zniszczenia. Przekleństwo, które przyszło na naturę wraz z Upadkiem Adama, w Chrystusie przemija. Nowa rzeczywistość, w której żyć będą w nowych, zmartwychwstałych ciałach dzieci Boże, jest tym, do czego „całe stworzenie wespół wzdycha i wespół boleje aż dotąd” (w. 22). Ta rzeczywistość się rodzi. Rodzi wraz z każdym kolejnym nawróceniem; łupinka coraz mocniej nabrzmiewa, a Nowe Życie coraz bardziej wypełnia stare ziarno.

Ale pomiędzy musi przyjść śmierć. To bezpośredni sens nauczania natchnionego apostoła w tym wersecie. Pozwolę sobie te zasadę, o której mówi, odnieść również do obecnych wydarzeń.

To co siejesz, nie ożywa, jeśli nie umrze. To zasada dotycząca również innych dziedzin naszego życia. Zasada mówiąca o tym, że aby coś osiągnąć, aby sięgnąć dalej, trzeba z czegoś zrezygnować. Trzeba cierpliwie poczekać. Trzeba wiary i ryzyka. Wejścia w nowe bez wiedzy, czym owo nowe jest.

I wydaje się, że współczesny świat ma tego ryzyka bardzo dużo. Że otaczają nas agresywne i odważne firmy, koncerny, przywódcy, którzy nieustannie pchają naszą cywilizację do przodu. Że ryzykują naprawdę dużo i bez wątpliwości wkraczają w nowe i nieznane. I że kościół w tym marszu wydaje się być zawsze przynajmniej kilka kroków z tyłu, jeśli nie w ogonie.

Czy tak faktycznie jest?

Mam wrażenie, że nie do końca. Rzeczywiście, świat idzie nieustannie do przodu zaskakując nas kolejnymi osiągnięciami. Ostatnio jest to ocieranie się o sztuczną inteligencję. Inżynieria społeczna. Tworzenie samouczących się programów, które znają nas lepiej, niż my sami. Wiedzą, ile kroków robimy dziennie, jakie mamy przyzwyczajenia, słabości. Potrafią lepiej niż my nas sprofilować i ocenić ryzyko pożyczki, czy przewidywany stan naszego zdrowia za kilka lat. Wiedzą ile i jak wydajemy nasze pieniądze. Wiedzą, na ile jesteśmy słowni i na ile faktycznie żyjemy zgodnie z naszymi deklaracjami. To bardzo niepokojące narzędzia, które mogą w rękach bezlitosnych rządów stać się doskonałym sposobem na totalitaryzm i absolutną kontrolę. Narzędzia, które coraz mniej służą nam, a coraz bardziej służą systemowi, który teoretycznie stworzony jest dla nas: dostosowuje się do naszych wyborów, wyświetlając nam na każdym kroku reklamy, oparte o nasze preferencje i wcześniejsze zakupy.

Mam więc wrażenie, że cały ten system wspiera nas w innym modelu życia. Zasadzie: miej się dobrze, a jutro będzie jeszcze lepiej. Albo: to co siejesz, ożywa, i zrobimy wszystko, byś nie czekał zbyt długo.

Nie ma śmierci. Rezygnacji. Wypierania się samego siebie. Noszenia krzyża. Służenia innym (poza homeopatycznymi dawkami, które mają nam pomóc spokojnie doświadczać dobrobytu). Człowiek tworzy własny świat, w którym unika tego, czego nie rozumie. Tego, do czego potrzebuje wiary i pomocy z zewnątrz. Tego, do czego potrzebuje pokory i uświadomienia sobie własnej słabości. Konfrontacji z niemocą, bezradnością, rozpaczą, smutkiem. Tego właśnie staramy się unikać, zamiast nauczyć się to przekraczać i znosić.

Ta ucieczka może wyglądać bardzo różnie. I zapewne różnie też wyglądała w różnych kulturach i wiekach. Ale wśród nas, w Europie ostatnich 200 lat jest wysiłkiem samozbawienia i samookreślenia się przez człowieka. Wysiłkiem tworzenia siebie w zupełnej wolności od wartości chrześcijańskich, czy wszelkich innych. Tworzenia człowieka, którego wola staje się jedynym prawem, któremu musi podlegać natura i kultura. Postulat zmiany płci na żądanie jest niczym innym jak wypowiedzeniem posłuszeństwa biologii: nie będziesz nas więcej ograniczać! Postulat „małżeństw” jednopłciowych (czy wielopłciowych, a czemu nie), jest niczym innym jak wypowiedzeniem posłuszeństwa wartościom, na których zbudowana jest nasza cywilizacja. Do lamusa z nimi. Nie potrzebujemy ich więcej. Sami sobie wybierzemy to, co chcemy.

I bach! - wpada w to wszystko koronawirus.

Być może się mylę, ale odczytuję go jako Boże przypomnienie naszej kulturze, że to co siejesz, nie ożywa, jeśli nie umrze. Sprowadzenie do parteru. Ukazanie iluzoryczności i kruchości naszych roszczeń do wszechmocy i absolutnej kontroli.

Więcej. To dopiero początek. Czyli: to nie jest pstryczek w nos. Słuchając większości ekonomistów, wkraczamy w nowe. Nieubłaganie. I to NIE jest lepsza wersja starego, ale właśnie obumieranie. Czas nowych wyzwań. Czas pogorszenia się jakości naszego życia. Czas smutku, gnicia i słabości. Czas upokorzenia i uniżenia. Czas mozołu i zapaści. Czas śmierci.

Przygotujmy się na to. Jak?

Pamiętajmy, że to NIE koniec. To co siejesz, nie ożywa, jeśli nie umrze. Umrze więc, ale ożywa. Nasza chrześcijańska nadzieja ZAWSZE i WE WSZYSTKIM każe nam sięgać dalej, poza chwilowe cierpienie i smutek.

Kiedy więc będzie ciężko, a będzie, bądźmy tymi, którzy widzą DALEJ. Którzy potrafią kochać nie tylko siebie, ale i innych. Którzy wierzą i są wytrwali, nie zniechęcając się, nie narzekając, nie zwalając winy na wszystkich wokół, ale odważnie biorą na siebie odpowiedzialność i prą do przodu. Którzy MAJĄ nadzieję.

I to nie tę tanią, wynikająca z ogólnego dobrobytu. Ale tę cenną, wyjątkową, niespotykaną, pochodzącą z wiary w Boże obietnice – wbrew temu, co widać wokół, „nadzieję wbrew nadziei”, jak nasz ojciec wiary Abraham, który „nie zachwiał się w wierze, choć widział obumarłe ciało swoje, mając około stu lat, oraz obumarłe łono Sary; i nie zwątpił z niedowiarstwa w obietnicę Bożą, lecz wzmocniony wiarą dał chwałę Bogu, mając zupełną pewność, że cokolwiek On obiecał, ma moc i uczynić” (Rz 4:1-21).

Wiarę, którą miał również apostoł Paweł. Wiarę, która sprawdzała się nie tylko wtedy, gdy Bóg dawał mu założyć nowy zbór, czy w cudowny sposób uniknąć śmierci. Ale również wtedy, gdy nad miarę był chłostany, gdy był często w więzieniach, w niebezpieczeństwie od śmierci, na rzekach, od zbójców, od rodaków, od pogan, w mieście, na pustyni, na morzu, między fałszywymi braćmi, „często w trudzie i znoju, często w niedosypianiu, w głodzie i pragnieniu, często w postach, w zimie i nagości” (2 Kor 11:23-27). Wiarę, którą podsumował w słynnym wersecie Flp 4:13: „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia, w Chrystusie”. Podsumował wobec słabości i trudów, o czym mówi werset wcześniejszy: „umiem się ograniczyć, umiem też żyć w obfitości; wszędzie i we wszystkim jestem wyćwiczony; umiem być nasycony, jak i głód cierpieć, obfitować i znosić niedostatek”.

Oto wyzwanie. Nie buńczuczne pokrzykiwania, że „wszystko mogę w Chrystusie” gdy mam pełen portfel i żołądek. Ale wobec głodu, niedostatku, prób.

Dlaczego? Bo to Boży porządek. To co siejesz, nie ożywa, jeśli nie umrze. Nie manipulujmy przy tej zasadzie, jak świat. Nie unikajmy śmierci. Ona najwyraźniej czemuś służy. A konkretnie, wierze, oddaniu, posłuszeństwu. Solidności i wytrwałości. Sumienności, świętemu uporowi, kształtowaniu w nas charakteru Chrystusa, który przecież „nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu, lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom; a okazawszy się z postawy człowiekiem, uniżył samego siebie i był posłuszny aż do śmierci, i to do śmierci krzyżowej” (Flp 2:6-8). Nie jest uczeń nad mistrza. To co siejesz, nie ożywa, jeśli nie umrze. Umierajmy, aby żyć. Przechodźmy uniżenie i wypieranie się siebie, jak nasz Pan.

Bo to nie koniec. To dopiero początek. „Dlatego też Bóg wielce go wywyższył i obdarzył imieniem, które jest ponad wszelkie imię” (Flp 2:9). Nie bójmy się. Nie wątpmy. Nie uciekajmy. Raczej, ufnie i z perspektywą Bożej przyszłości, przechodźmy ten czas, który Bóg nam daje. Bądźmy świadectwem odwagi, ufności i wiary wśród przeciwności. A On będzie z nami. Będzie nam pomagał i będzie nas używał. Jego Królestwo będzie się rozwijać, wraz z nami, żyjącymi w Nim i dla Niego, a nie według jakiegokolwiek innego planu. Niech tak się właśnie stanie, Amen