Spiski, koronawirus i korona Chrystusa

 Minął Wielki Tydzień. Moja uwaga, szczególnie skupiona w tym roku na przeżywaniu tych najważniejszych chwil w ziemskiej służbie mojego Pana, wraz z poniedziałkiem po Wielkiej Niedzieli została brutalnie skonfrontowana z rzeczywistością.

Obok pandemii mamy obecnie infodemię. Czyli wybuch epidemii dziwnych informacji, poglądów i teorii spiskowych. Największe mocarstwa – USA i Chiny – oskarżają się wzajemnie o wyprodukowanie wirusa, na wiele różnych sposobów. Towarzyszy temu nieustanna ocena różnych strategii zaradczych podjętych przez różne kraje. Mnóstwo różnych źródeł, często trudnych do weryfikacji. Do tego atmosfera zamknięcia i wątpliwości w związku z tym, czy faktycznie widzimy rzeczywistość we właściwy sposób. Co dzieje się w szpitalach? Jakie docierają do nas obrazy? Czym w ogóle jest koronawirus, jak go sprawdzić? Czym są liczby, które do nas docierają i na ile są wiarygodne? Oczywiście, najbardziej dla nas istotny wymiar tego światowego kryzysu dotyczy Polski i decyzji, które mają na nas bezpośredni wpływ. Sytuację podgrzewa również walka wyborcza i niepokój związany z tym, co czeka na nas w przyszłości. Rząd i opozycje (bo jest ich kilka), znajdują swoich zwolenników i krytyków, i to również utytułowanych. Analityków, profesorów, lekarzy. W tę sytuację wpisuje się również kryzys autorytetu Światowej Organizacji Zdrowia, której decyzje wydają się niektórym stronnicze i polityczne oraz światowa awantura o technologię 5G – i jej rzekoma szkodliwość, czy nawet powiązanie z samym koronawirusem.

Idealna gleba dla wszelkiej maści teorii spiskowych, oskarżeń, lęków, wątpliwości, tworzenia egzotycznych frakcji, obrzucania się wyzwiskami, oskarżania o stronniczość, naiwność, jeśli nie głupotę, w której wiara w naszego Pana wydaje się słaba, jeśli nie bezbronna. Brat brata wyzywa, siostra siostrą gardzi. A wszyscy są zmęczeni i sfrustrowani, niepewni i po trosze bezsilni, tak naprawdę bez mocy wpływu na rozwój wypadków.

W takich chwilach iskra wystarczy, by porwać skołowanych ludzi do buntu. Wcale niekoniecznie sprawiedliwego. W takich chwilach trzeba szczególnej rozwagi i mądrości, aby zachować Bożą perspektywę na historię.

Pozwolę sobie, bez żadnych pretensji do nieomylności, podzielić się kilkoma myślami w tym temacie, mając nadzieję, że będą one pomocne. Co Biblia mówi o spiskach? Jak się w takiej sytuacji zachować? Czego trzymać? W co angażować, a od czego trzymać z dala? Jak reagować, aby nie być ani naiwnym, ani nie dać się porwać demagogii?

Po pierwsze, spiski istniały, istnieją i będą istnieć. Należą do historii upadłego człowieka. To Bóg „jest światłością, a nie ma w nim żadnej ciemności” (1 J 1:5). Człowiek od upadku w grzech jest zakłamany, czyli wprowadza świadomie innych w błąd co do tego, co robi i o co mu naprawdę chodzi. Kiedy Adam i Ewa zgrzeszyli, nie przyszli do Boga z wyznaniem grzechu. Przeciwnie, ukryli się przed Nim (Rdz 3:8). Oto działanie grzechu: sprawia, że się chowamy. Sumienie podpowiada nam, że możemy mieć problem spotykając świętego Boga, stąd lęk (Rdz 3:10). A kiedy już do tego dochodzi, staramy się zwalić winę na innych. Adam, zamiast wziąć na siebie odpowiedzialność za świat i Ewę, której został głową, próbuje się wyłgać z jednego i drugiego: „Kobieta, którą mi dałeś, aby była ze mną, dała mi z tego drzewa i jadłem” (Rdz 3:12).

To zakłamanie prowadzi człowieka dalej ku złemu. O ile może, stara się siebie przekonać, że jest w porządku, a cała reszta jest winna. Nie waha się kłamać i przeinaczać. Kiedy Bóg pyta Kaina co się stało z Ablem, którego właśnie zamordował, Kain odpowiada: „Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego?” (Rdz 4:9). Oto pierwszy spisek. Kain zatajając prawdę co do swoich prawdziwych intencji, wyciąga swego brata na pole, gdzie rzuca się na niego i go zabija. Następnie ukrywa całą operację, wypierając się przed Bogiem tego, co zrobił.

I tak to już trwa. Ludzie kierując się swym grzesznym sercem, w ukryciu krzywdzą bliźnich. Przez całą historię. Również dziś. Ludzie prywatnie i jako urzędnicy państwowi, czy pracownicy firm i organizacji. Walka o sukces, walka o pozycję, walka o zysk, walka o wpływy, walka o kontrolę i znaczenie. To wszystko jest w Biblii – wystarczy spojrzeć na historię królów Izraela – i to wszystko jest wokół nas.

Być może niektórzy dali się zwieść politycznie poprawnym fasadom demokratycznych państw. Cóż, warto pamiętać, że żadne z nich nie zrezygnowało z posiadania wywiadu. Świat jest brutalny i pełen walki. Może przez jakiś czas było to bardziej ukryte przed naszymi oczami, bo wszyscy korzystali na hossie, na dobrej atmosferze dla robienia interesów, na bogaceniu się Europy i konsumenckim stylu życia. Kiedy jednak realne problemy stanęły u drzwi, bardzo szybko okazało się, że każdy kraj musi radzić sobie sam. Że kapitał ma narodowość. I nastąpiła kakofonia sprzecznych przekazów, wzajemnych oskarżeń i narracji.

Ten świat tkwi w złem. Spiski istniały, istnieją i będą istnieć. Chrześcijanie nie powinni być naiwni. Nie powinni wierzyć w słodko brzmiące słowa, że rozwiązaliśmy problem zła przez demokrację, czy inne świeckie substytuty uniżenia przed Chrystusem. Powinniśmy pamiętać, że świat jest grzeszny i zbyt wiele od niego nie oczekiwać. Szczególnie, gdy próbuje zbawić siebie sam, bez Boga. Przypomnijmy sobie wieżę Babel.

 

Po drugie, istnieje jeden podstawowy spisek, należący do historii zbawienia. Gdy człowiek upadł, wtedy Bóg rzekł do węża: „ustanowię nieprzyjaźń między tobą a kobietą, między twoim potomstwem a jej potomstwem; ono zdepcze ci głowę, a ty ukąsisz je w piętę” (Rdz 3:15). Już w Septuagincie (ok. 200 r. p.n.e.), gdy żydowscy tłumacze przekładali hebrajski tekst na grekę, „potomstwo” przetłumaczyli w formie wskazującej na jakiegoś jednego Potomka. W ten sposób wyrazili swe przekonanie, że realizacją tego zmagania zajmie się jakaś konkretna, szczególna jednostka – syn Ewy. Podobnie rozumuje i apostoł Paweł, gdy „potomstwo” z Rdz 12:7 rozumie jako ostatecznie realizujące się w konkretnym potomku – Jezusie Chrystusie (patrz: Gal 3:16).

To jednak nie wyczerpuje tego wątku. Raczej, pokazuje jego punkt kulminacyjny. I tak na przykład czytając Psalm 2:2-3 widzimy, że „królowie ziemscy i książęta zmawiają się społem przeciw Panu i Pomazańcowi jego: zerwijmy ich więzy i zrzućmy ich pęta!” Fragment ten mówi o wrogości przywódców ludzkości wobec władzy Mesjasza, władcy, którego Jahwe ustanawia nad nimi. Co ciekawe, apostołowie przywołują ten właśnie fragment, gdy Sanhedryn nakazuje im zamilczeć i przestać głosić Ewangelię (Dz 4). Widzą jako jedną grupę zarówno Heroda i Poncjusza Piłata jak i grożących im dostojników żydowskich (4:27-28). Postrzegają więc i jednych i drugich jako mających tę samą tożsamość: władców sprzeciwiających się władzy Chrystusa, który otrzymał od Ojca wszelką władzę na niebie i na ziemi (Mt 28:20).

Uczy nas to o bardzo ważnej prawdzie. Niezależnie od zwykłych spisków, opartych na zwykłej chciwości, zazdrości, zawiści, podłości czy pysze, realizuje się również w historii świata pewien konflikt duchowy. Konflikt, który rozpoczął się od zwiedzenia pierwszych rodziców, a który zakończy się walką naszego Pana z Antychrystem. Nie chcę tu wchodzić w szczegóły tego rozstrzygnięcia. Warto natomiast wskazać, że „tajemna moc nieprawości już działa” (2 Tes 2:7); działa aż do czasu, gdy „objawi się ów niegodziwiec, którego Pan Jezus zabije tchnieniem ust swoich i zniweczy blaskiem przyjścia swego” (2:8). To więc konflikt, który działał „już” za czasów apostoła Pawła i działa do czasu rozstrzygnięcia, które jeszcze nie nadeszło. To więc konflikt, który działa i dzisiaj. Konflikt, w który zaangażowane są osoby świadomie opowiadające się po którejś ze stron w duchowej rzeczywistości. Konflikt angażujący różne obszary, w tym politykę, ale i kulturę, media, prawodawstwo, filozofię, etykę. Konflikt trudno uchwytny i w związku z tym trudny do wskazania, ale przez to w żadnej mierze nie mniej realny.

Biblia używa różnych metafor na opisanie owej historycznej rzeczywistości w Księdze Objawienia. Taki metaforyczny język jest bardzo pomocny, gdy mamy uchwycić pewien intuicyjny wzór postaw i charakteru raczej, niż same historyczne fakty. I pewnie w związku z tymi trudnościami powinniśmy być bardzo wstrzemięźliwi we wskazywaniu na jakiekolwiek konkretne wydarzenie jako „na pewno” realizujące jego obecność w historii. Ale nie powinniśmy ani trochę wątpić w jego istnienie. Po prostu, musimy uznać, że spisek ten jest dla nas trudny do weryfikacji. Ale ma swoją moc i wpływa na naszą rzeczywistość. Na politykę, na wielkie instytucje, na kształtowanie się różnych światowych tendencji. Angażuje konkretne osoby i konkretne pieniądze.

I łatwo się weń wplątać. Najlepszy obraz, poza Biblią, jaki znalazłem dla uchwycenia tych zależności, to „Ta ohydna siła” C.S. Lewisa, III tom jego „Trylogii kosmicznej”. Polecam. W przekonujący sposób pokazuje, jak łatwo ze zwykłych (grzesznych, ale nie nienawistnych względem Boga) ambicji wprzęgnąć się w machinę Zła. Daje do myślenia.

Bądźmy więc świadomi jego istnienia. Ta świadomość daje nam duchową wrażliwość i chroni przed stricte naturalistycznym poglądem na świat, w którym ponadnaturalność nie angażuje się w świat, w politykę, w której żyjemy: to nasze, zwykłe, codzienne ludzkie sprawy, bezpieczne i nie zdemonizowane. Nie ma w nich szatana, więc po co miałby być Bóg? Jest tylko człowiek; ludzie ze swoimi wyborami i niczym więcej.

Uważam taką wizję, której, myślę, często ulegamy, za naiwną i fałszywą. Imperium sowieckie było nie tylko ludzkim błędem. Słusznie nasi bracia i siostry w wierze prześladowani w tym systemie widzieli w nim coś więcej niż tylko wyraz grzeszności ludzi: ucieleśnienie szatańskich mocy; jego inspirację za tymi rzekomo wyłącznie ludzkimi działaniami. Podobnie możemy spoglądać na różne obecne tendencje. To sprawia, że zdajemy sobie sprawę, że świat, w którym żyjemy jest miejscem duchowym. I wymaga duchowej wrażliwości.

Oczywiście, to braciom i siostrom o silnej wyobraźni może utrudniać życie. Będą szukać w każdym szczególe duchowego wymiaru. Proszę więc, abyśmy pamiętali, że ten wątek nie absorbuje 100% polityki. W dużej mierze, jak napisałem w pierwszej części, polityka wynika ze zwykłych, niskich, ludzkich pobudek – a czasami nawet i nieco szlachetniejszych (choć nie za często).

Pamiętajmy jednak, z drugiej strony, że nie jest słuszne zaprzeczanie temu ponadnaturalnemu wymiarowi. Choć należy zachować zdrowy rozsądek i odróżniać wpływ szatana od zwykłego grzechu w ciele, nie kończmy w praktycznym zaprzeczeniu szatańskim inspiracjom. One istnieją. Kierują niektórymi działaniami. I nie jest rozwiązaniem udawanie, że ich nie ma.

 

Po trzecie, wszelkie spiski chrześcijanin powinien zawsze widzieć w kontekście zwycięstwa Chrystusa. Choć z pewnością istnieje impuls ku jedności w tym antybożym wątku historii, królestwo diabła jest słabe, a królestwo Chrystusa mocne. Rozważmy to przez chwilę.

Zastanówmy się najpierw nad siłami oddanymi ciemności. Po pierwsze, nie są idealne. Innymi słowy, grzeszność wpływa również na ich aspiracje i ambicje. Ludzie zła, jak chrześcijanie, nie potrafią zachować jedności. Choć niewątpliwie do niej dążą, co widać w Księdze Objawienia w obrazach duchowej walki w rozdziałach 12, 13 i 17, to w biblijnej narracji widzimy tylko jedno królestwo, które łączy wszystkie narody. Nie jest to królestwo diabła, ale naszego Pana. To ono zyskuje (powoli, ale jednak), jedność; to ono łączy podzielony świat w jeden, różnorodny, bo wielojęzyczny, ale przecież połączony, duchowy organizm: „I chodzić będą narody w światłości jego, a królowie ziemi wnosić będą do niego chwałę swoją” (Obj 21:24).

Po drugie, wierzę, że śmierć Chrystusa na krzyżu wpłynęła również na dynamikę tego sporu – sporu między naszym Panem a szatanem. To Jezus Chrystus zwyciężył. To On jest Panem historii. To Jego Ewangelia jest mocą ku zbawieniu każdego, kto wierzy. Gdy Chrystus „wymazał obciążający nas list dłużny, który się zwracał przeciwko nam ze swoimi wymaganiami i usunął go, przybiwszy go do krzyża” oraz „rozbroił nadziemskie władze i zwierzchności i wystawił je na pokaz, odniósłszy w nim triumf nad nimi” (Kol 2:14-15), zyskał nie tylko władzę nad odpuszczaniem grzechów, ale również władzę nad światem duchowym. Oznacza to nie tylko moc ku uzdrawianiu chorób, ale i moc ku zmianie historii. Ona należy do Niego. To Jego Ojciec po zmartwychwstaniu „posadził po prawicy swojej w niebie, ponad wszelką nadziemską władzą i zwierzchnością i mocą i panowaniem, i wszelkim imieniem, jakie może być wymienione, nie tylko w tym wieku, ale i w przyszłym” (Ef 1:20-21). Wszelka duchowa inspiracja dla wydarzeń na ziemi jest słabsza od Chrystusa. To On zasiada nad nimi, nie one nad Nim. I to się nigdy nie zmieni – jest tak dziś i będzie przez całą wieczność (w wieku przyszłym). Więcej: „wszystko poddał pod nogi jego, a Jego samego ustanowił ponad wszystkim Głową Kościoła, który jest ciałem jego, pełnią tego, który sam wszystko we wszystkim wypełnia” (Ef 1:22-23). Mamy swoją Głowę w Niebie; a nasza Głowa ma swoje ciało tutaj, zanurzone w historii. I choć nasz Pan w swej zwycięskiej ludzkiej i odwiecznej boskiej naturze jest tym, który „sam wszystko we wszystkim wypełnia”, to czytamy, że najpełniej jest Go właśnie pośród nas; Tego, któremu wszystko poddano pod stopy.

Kiedy więc patrzymy na historię ludzkości, nigdy, przenigdy nie powinniśmy sądzić, że dzieje się wola Jego przeciwników. Raczej, spójrzmy na apostoła Pawła. On, choć słaby, bity, więziony, kamienowany, nigdy nie wątpił w to, że w jego słabości realizuje się potęga Boża, która jest nie do powstrzymania: „przez chwałę i hańbę, przez zniesławienie i przez dobrą sławę; jako zwodziciele, a jednak prawi, jako nieznani, a jednak znani, jako umierający, a oto żyjemy; jako karani, a jednak nie zabici; jako zasmuceni, ale zawsze weseli, jako ubodzy, jednak wielu ubogacający, jako nic nie mający, a jednak wszystko posiadający” (2 Kor 6:-10).

Owszem, Boży wątek historii się nie narzuca. Jest realizowany w pozornie nie mający żadnej mocy sposób. Przez „głupie zwiastowanie” (1 Kor 1:21); przez ludzi w oczach świata, ani nie najwspanialszych, ani nie najbogatszych, ani nie najbardziej elokwentnych. Ludzi będących świadectwem Bożej mocy, a nie doskonałości wykształcenia, czy ogłady. Ludzi nie goszczących zbyt często na okładkach gazet. A jednak, trwale zmieniających rzeczywistość. Ludzi uzdolnionych do głoszenia, składania świadectwa swoim życiem, przez Boga, doświadczających Jego mocy w swojej słabości, bezsilności, często smutku i samotności. I w Nim znajdujących siłę i zachętę, i radość, i pokój, by przez to wszystko przejść i umieć nie żyć w sposób wyznaczany przez te okoliczności, ale czerpać wiarę, nadzieję i miłość z Bożej łaski.

Boży wątek historii się nie narzuca. A jednak, to On jest najważniejszy. Oto Bóg „z jednego pnia wywiódł też wszystkie narody ludzkie, aby mieszkały na całym obszarze ziemi, ustanowiwszy dla nich wyznaczone okresy czasu i granice ich zamieszkania, żeby szukały Boga” (Dz 17:26-27). Pamiętam niedowierzanie, jakie towarzyszyło mi, gdy pierwszy raz zrozumiałem ten werset. Naprawdę? Wszystkie te zmiany granic w czasie, wszystkie te wojny, procesy polityczne, koncert mocarstw, migracje, wędrówki ludów – aby narody „szukały Boga”? Ciężko mi było uwierzyć, że o to właśnie chodzi. Nie dowiesz się o tym z dziennika. Nie dowiesz się o tym z internetu. Dowiesz się tylko czytając Słowo Boże.

Nie traćmy więc nadziei. Więcej: skoro o to chodzi, by w tych wszystkich okolicznościach ludzie szukali Boga – SZUKAJMY tego miejsca, gdzie Bóg działa! Znajdujmy ich. Głośmy im Słowo. Wzywajmy do wiary. Towarzyszmy i pomagajmy odkrywać Chrystusa.

To o to chodzi. TO przetrwa na wieki. Reszta przeminie. Mimo medialnego huku. Mimo pompatyczności. Pozorów znaczenia i wielkości. Wysiłków i angażowania wielkich środków. To wszystko tylko pozory. Czyż nie słyszeliśmy? „Wszelkie ciało jest jak trawa. A wszelka chwała jego jak kwiat trawy. Uschła trawa, i kwiat opadł. Ale Słowo Pana trwa na wieki. A jest to Słowo, które wam zostało zwiastowane” (I J 1:24-25).

Miejmy więc, w końcu, dystans. Nie musimy rozumieć kto konkretnie stoi za koronawirusem. Czy to spisek, czy błąd przy pracy. Chińczycy czy Amerykanie. To nieistotne drobiazgi. Nie musimy drżeć przed człowiekiem, choćby największym, bo po naszej stronie jest Król królów i Pan panów. Poza tym, to są szczegóły. I tak wszystko wiemy. Wiemy, że albo są to małe knowania wynikające z małych pobudek, choćby angażowały największe mocarstwa współczesności. Albo może wpisują się w duchowe starcie między naszym Panem, a jego przeciwnikiem, ale starcie już rozstrzygnięte, choć jeszcze nie skończone, starcie znane nam dobrze i w którym wiemy, co mamy robić: szukać Królestwa i jego sprawiedliwości.

Możemy spokojnie patrzeć w przyszłość. Choćby ktoś nas pytał z zarozumialstwem „który bóg wyrwie was z mojej ręki?” możemy spokojnie odpowiedzieć – jak kiedyś Szadrach. Meszach i Abed-nego - „My nie mamy potrzeby odpowiadać ci na to” (Dan 3:15-16). Ochłoń proszę. Weź głęboki wdech. Nie człowiek jest panem historii: „jeżeli nasz Bóg, któremu służymy, może nas wyratować, wyratuje nas z rozpalonego pieca ognistego i z twojej ręki (…) A jeżeli nie, niech ci będzie wiadome (…) że twojego boga nie czcimy i złotemu posągowi, który wzniosłeś, pokłonu nie oddamy” (Dan 3:17-1). Pamiętajmy, że „Jezus Chrystus, wczoraj i dziś, ten sam i na wieki” (Hbr 13:8). Nic tego nie zmieni.

I znów, nie chodzi o to, by ten świat kompletnie zlekceważyć. Nie tędy droga. Mamy o niego dbać; mamy okazywać mu miłość, być dobrym świadectwem. Ale najlepszym świadectwem jest nasza nadzieja, która sięga wyżej, niż to, co dzieje się pod słońcem. Pokój Boży, który przewyższa wszelki rozum. Sprawiedliwość i radość w Duchu Świętym.

Tego nam życzę. Bożej, przemieniającej obecności. Życia w świetle Ewangelii, która jasno wskazuje króla i która pokazuje nam wyraźne zadania, jakich mamy się trzymać. Niech ani spiski, ani koronawirus nie zabiorą nam tego co najdroższe: wdzięczności i uwielbienia w sercu dla naszego Pana. I posłuszeństwa Jemu w budowaniu Jego Królestwa w czasie, w jakim dane nam jest żyć. Jemu niech będzie chwała. Jest tego godzien. Jego korona jest cenniejsza. Wszystkie wydarzenia historii pochodzą ze zwoju, który On otworzył przed Bożym tronem (Obj 4:5). Oto rzeczywistość, która się nie zmienia i jest prawdziwsza, niż kalejdoskop ciągle zmieniających się ziemskich wydarzeń. Niech ona daje nam pokój i wytchnienie, pośród zgiełku i krzyku. Niech będzie skałą, której nie naruszy żadna fala. Domem, który nigdy nie runie i twierdzą, której nikt nie zdobędzie. Amen.