O lęku i wierze

W ostatnich dniach, kiedy wirus ogarnia kolejne kontynenty, kraje, miasta, wioski, obserwuję ciekawe zjawisko – wysyp bohaterów wiary. Niektórzy są nimi faktycznie, niektórzy niestety chyba nie.

W czym rzecz? Obserwuję kolejną szczelinę podziału pomiędzy wiernymi niebojącymi się wirusa i całej sytuacji, i tymi wątpiącymi, którzy odczuwają jakiś strach, obawę czy zwykłą odpowiedzialność przez zminimalizowanie kontaktów z innymi. Niestety, miejsce tej szczeliny próbują ustalić najczęściej ci „wierni”. Obawiam się jednak, że robią to zbyt szybko. Oceniają sytuację zbyt powierzchownie. Obawa przed wirusem, objawiająca się na wiele różnych sposobów, jest według nich oznaką braku zaufania do Boga. Czy na pewno tak jest? Czy zawsze tak jest? Czy ten, kto odczuwa jakiś lęk, niepewność w tej sytuacji, od razu musi być wrzucony do szuflady niewiernych? Oto kilka myśli, które może niektórych wyhamują z takimi radykalnymi ocenami.

Jak to możliwe, że Jezus, Pan Kościoła odczuwał trwogę? Czego On mógł się bać? W Marka 14,33 czytamy: „…wziął ze sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaczął się trwożyć i niepokoić”. Powiedział do nich: „Moja dusza jest smutna aż na śmierć”.

Czy czasem ci, którzy każą innym wierzyć, że ta plaga ich ominie, przed znacznie mniejszymi niebezpieczeństwami nie ratują się innymi metodami, jak zaufanie do Boga? Dla ilustracji, aby nie być gołosłownym: Pamiętam sytuację, kiedy pewien człowiek, chcący uchodzić za wzór duchowości i polegania na Bogu, mocno nakłaniał pewne chrześcijańskie małżeństwo i nakazywał im wręcz odrzucenie lekarstw, terapii i rehabilitacji swojego dziecka, cierpiącego z powodu porażenia mózgowego. Miał silny wpływ na tę rodzinę i dopiął swego. Wynik – wzmożenie problemów zdrowotnych i cierpienia. Nie powiem że zachowałem się powściągliwie, kiedy zawitał do sklepu w którym pracowałem. Zauważyłem na jego palcu plaster. Zapytałem go, co się stało? On na to że się skaleczył… Ok, rozumiem, ale po co tobie plaster? Czy nie wystarczyło się pomodlić i poprosić Boga, aby krew przestała płynąć i aby rana się zagoiła? Nie odpowiedział. Był jak jeden z tych, co „Wiążą ciężkie i trudne do uniesienia brzemiona oraz kładą na ramiona ludzi, sami natomiast swoim palcem nie chcą ich ruszyć.”

Czy ci, którzy uważają że nie zarażą się, nie powinni natychmiast zgłosić się na ochotnika do szpitali zakaźnych i zaoferować swoje zastępstwo dla pracowników tych placówek? Choćby personelu sprzątającego? Naprawdę, można byłoby zaoszczędzić olbrzymie sumy pieniędzy na te maseczki, woreczki, ubrania, środki do dezynfekcji, itd…

Czy „bohaterowie wiary” zadali sobie choć troszkę trudu, aby zdiagnozować źródło oraz obiekt strachu? Może ktoś boi się o rodzinę, pracowników, swoje źródła dochodu, gwałtowną zmianę planów swoich oraz bliskich? Może nie wie jak to sobie tak szybko poukładać? Dlaczego modlimy się o ludzi, którzy przechodzą przez różne problemy? Czy nie dlatego, że po prostu potrzebują pomocy w swojej sytuacji? Czy nie po to, aby podejmowali dobre decyzje, aby wytrwali w pokusach, albo w cierpieniu przez które będą musieli przejść? Czy ci odważni uważają, że w Kościele są tylko dojrzali, doświadczeni, pełni wiary tytani? Czy nie mamy czasem pomagać słabszym?

Czy „bohaterowie wiary” są gotowi pomóc przezwyciężyć strach tych ludzi, (np. przed zamknięciem ich zakładu pracy i brakiem środków do życia, lub problemem, z kim zostawią dzieci w domu) i zapewnić tych ludzi – nie bójcie się, pomożemy wam? Czy wszystko na co ich stać, to teoria i dobre, pocieszające rady, lub wyłącznie modlitwa? Jakub bowiem pisze: „Jeśli brat albo siostra nie mają się w co przyodziać i brakuje im powszedniego chleba, a ktoś z was powiedziałby im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i nasyćcie, a nie dalibyście im tego, czego ciało potrzebuje, cóż to pomoże? Tak i wiara, jeżeli nie ma uczynków, martwa jest sama w sobie”.

Czy w innych dziedzinach życia, potrzebujemy jakiegoś innego rodzaju wiary, zaufania do Boga, jak w dziedzinie zdrowia? Dlaczego więc niektórzy, tak bardzo pomagają Bogu w zdobywaniu majątku, dóbr materialnych, pozycji i wielu innych „błogosławieństw”? Dlaczego wykupuje się ubezpieczenia na zdrowie i życie? Dlaczego wykupuje się autocasco? Dlaczego używa się środków chemicznych do dezynfekcji? Dlaczego wymaga się czystości a wręcz sterylności w szpitalach, na salach operacyjnych? I tysiące innych pytań o to, jak organizujemy sobie życie.

Ciekawe, że choć Bóg obiecywał swojemu ludowi to, że zarazy ich nie będą dotykać, to jednak dał im w Prawie instrukcje, jak sobie radzić z różnymi „epidemicznymi” sytuacjami i jak ograniczać rozprzestrzenianie się różnych zakażeń. Czy to miało zastąpić wiarę w Niego? Czy może raczej miało być jej wyrazem? Czy musimy być bardziej duchowi niż wzór jaki daje Słowo i sam Pan Jezus?

Czy ci, którzy w pierwszej chwili doznają takich, a nie innych emocji i wydaje się, że podejmują złe decyzje, to już ludzie na straconych pozycjach? Jeden z pastorów zastanawia się, jak ktoś z tych strachliwców będzie mógł spojrzeć w oczy ludziom już po epidemii. No wybitnie anty-chrystusowe podejście.

Czy w takim razie strach jest dobry? Nie, nie jest dobry, jeżeli wypływa z braku zaufania do Boga WE WSZYSTKIM, nie tylko tym dobrym, co nas spotyka. Nie jest dobry, jeżeli trwa zbyt długo i nie szukamy pokoju w Bogu, Jego Słowie, a raczej wyłącznie w świecie. Nie jest dobry, jeśli nie pozwalamy się pouczyć przez Słowo Boże, całe Słowo Boże, a nie jedynie wybrane, ulubione, dobrze brzmiące Jego fragmenty.

Jako ufający Bogu, powinniśmy pomimo zwykłego, ludzkiego strachu podejmować dzieła wiary, a nie mocy, czy wiedzy, ufając w Boże ostateczne cele, rezultaty, owoce. Jeżeli nawet przyjdzie nam cierpieć wraz z "niedowiarkami" (tak samo, jak w czasie wojen, wypadków samochodowych, innych nieszczęść) to powinniśmy ufać Bogu w Jego miłość, wierność i prowadzenie, tak samo, jak ufał Ojcu Jezus, Jego Syn znosząc cierpienia i ucząc się przez to posłuszeństwa.

Słowo zaleca – Przestańcie sądzić po pozorach, lecz sądźcie sądem sprawiedliwym (J 7,24) oraz „Tak niech człowiek nas zaszeregowuje: jako podwładnych Chrystusa i odpowiedzialnych za [ogłaszanie] tajemnic Boga. Od tych, na których spoczywa odpowiedzialność, wymaga się ponadto, aby ktoś taki okazał się wierny. Dla mnie zaś najmniejsza to rzecz, czy przez was będę rozliczony czy przez jakiś ludzki dzień [sądny], owszem, i sam siebie nie rozliczam. Nic sobie bowiem nie wyrzucam, lecz nie jestem przez to usprawiedliwiony; tym zaś, który mnie rozlicza, jest Pan. DLATEGO o niczym nie sądźcie przed czasem, dopóki nie przyjdzie PAN, który wyświetli to, co ukryte w ciemności, i ukaże motywy serc; a wtedy każdy otrzyma pochwałę od Boga” i można doczytać sobie dalej…

Dlaczego to piszę? Ponieważ takie radykalne stawianie sprawy jest niebezpieczne, choć wygląda pozornie bardzo duchowo. Miałem Brata w Chrystusie, którego złe nauczanie doprowadziło do śmierci. Zachorował na płuca. Zamiast zareagować właściwie (modlitwą, ale też skorzystaniem z pomocy lekarza) uwierzył w to, co wmówiło mu kilku przyjaciół z jego zboru, że JUŻ jest zdrowy. Kaszlał, był słaby, coraz słabszy, a na leczenie zdecydował się jak już było za późno. Będąc nawet w szpitalu twierdził że jest zdrowy! Ostrzegałem go, że żyje w kłamstwie. Nie tak działa Bóg! Jeżeli Bóg kogoś uzdrawia, to robi to autentycznie i sprawdzalnie. Znam takich, którzy jeżdżą jak szaleni, uważając że są bezpieczni, ponieważ Bóg ma ich w swojej opiece! To głupota i brak poznania. Kto burzy mur (ogrodzenie), tego wąż ukąsi - mówi Słowo.

Wierzę oczywiście w Bożą moc. Ja sam, moi bliscy, inni chrześcijanie, a nawet ludzie spoza kościoła doświadczali mocy Boga i uzdrowienia czy ochrony. Ale nierozdzielnie od tego, jest jeszcze coś co nazywa się wolą Boga, która czasem nie jest dobrze rozumiana a czasem, w jakimś wycinku nawet nie jest znana. Nie chcę też odmawiać komukolwiek wiary w to, że Bóg przeprowadzi go bez uszczerbku przez ogień i wodę. Może tak być. Wierzę w to, ale w całej pełni, przede wszystkim w tym duchowym i wiecznym wymiarze. W tym ziemskim i cielesnym, zostawiam to w modlitwie Bożym rozstrzygnięciom. Jednocześnie zgadzam się z tym, że jako uczniowie Pana, powinniśmy być gotowi do wspierania potrzebujących, będąc w ten sposób rękami Pana Jezusa dla tych ludzi. Jest dla mnie zachętą widzieć Braci i Siostry którzy są gotowi ryzykować swoje zdrowie, a czasem życie, nieść pomoc i ewangelię tym, którzy jej tak bardzo potrzebują. Jednocześnie, uważałbym na tych, którzy innych narażają lekkomyślnie na problemy.