Pomocy!

Wiosenne słońce odkryło poważne braki w moim domu. Przed domem resztki zimowej dekoracji, ze smutnym już aniołem na czele. Okna nadal do umycia. Firanki, zasłonki serwetki do wyprania. Mój ogród budząc się po zimie wymaga tak wiele pracy. Suche rośliny należy usunąć, by dać miejsce świeżym. Muszę się wziąć do pracy. Czas zakasać rękawy. Po kilku dniach okna umyte, bratki kupione, nadal do posadzenia. Trawa częściowo wygrabiona. Lista zadań do wykonania ciągle się nie zmniejsza. Wciąż pojawiają się nowe. Każdy sektor domu i ogrodu zdaje się wołać o ratunek. A tu święta przed nami. Czas zająć się również świąteczną kuchnią i wyjątkowym świątecznym zaopatrzeniem, bo jadą goście jadą….

Z powodu nadmiaru pracy pojawia się przemęczenie i frustracja, że nie zdążam ze wszystkim. Bolące stopy, nadgarstki. Poirytowanie, z powodu zwykłej niemożności dokończenia wszystkiego, niemożności zapanowania nad wszystkim wokół. Bo przecież jeszcze ten uszkodzony płot, po zimie, bo przecież jeszcze dalie czekają na wsadzenie do ziemi. A tu święta i jadą goście…

Dobrze mieć gości. Jednak z tym tkwiącym we mnie zmęczeniu, nadal w biegu coś szykuję kuchni. Jeszcze poprawiam przewróconą na oknie dekorację na oknie, wycieram rozlaną wodę. Goście wołają mnie do rozmowy, a ja w kuchni nadal mam długą listę spraw do zrobienia. Zaraz do was idę, myślę sobie, kręcąc się w kuchni z rozdartym sercem. Czy ktoś mógłby mi pomóc, zaczynam myśleć już nieco poirytowana. Nie jestem jedynym domownikiem – gdzie jest reszta? Śmiech i strzępy głośnych rozmów dochodzą do mnie jedynie do kuchni. Pojawia się rozczarowanie, przecież ja robię wszystko żeby przyjąć gości. To oczywiste, że to wszystko, co mam zaplanowane, musi być zrobione, podane, aby wizyta była udana. Ja przecież chcę tego co najlepsze dla wszystkich, a zostałam tutaj sama… Co poszło nie tak?

Czy można nauczyć się właściwego zarządzania czasem, swoimi możliwościami? Właściwego podejścia do otwierania domów, do gościnności, właściwego traktowania innych? Gdzie się tego uczyć? Nie mamy wątpliwości, że gościnność i traktowanie innych nie powinna wyglądać, jak w przypadku pewnej kwoki, bohaterki wiersza Jana Brzechwy. Kwoka, z nieukrywaną wyższością, od razu po kątach rozstawia swoich gości. Zarzuca im brak dobrych manier. Robi gościom awanturę, z powodu niechcący zbitej szyby, potłuczonego garnka i ostatecznie wszystkich wyrzuca z domu. Nasza kwoka jakby zapomina, że zaproszona krowa ma przecież rogi, którymi może coś potrącić, że zaproszony osioł ma kopyta, którymi łatwo stłuc stojący w przejściu dzban, że zaproszona świnia ma jak zwykle na sobie błoto, w którym na co dzień się tapla. I łatwo nam odpowiedzieć na końcowe pytanie, czy ta kwoka, proszę Pana, była dobrze wychowana?

W ewangeliach spoglądamy na Jezusa i Jego życie. Widzimy Jego sposób odnoszenia się do ludzi, do zajęć, do problemów, do zarządzania czasem. W ewangeliach wiele razy spotykamy Jezusa w gronie przyjaciół. W wielu miejscach doświadczał on bowiem gościnności. Jednak szczególnym miejscem był dom w niewielkiej wiosce, na przedmieściach Jerozolimy, dom w Betanii. Gościnny dom Marii i Marty i ich brata Łazarza. W kilku miejscach czytamy o wizytach Jezusa w tym domu. Łączyły ich bliskie i głębokie więzi. Jezus znajdował tam schronienie i wytchnienie.

Jednak pewna wizyta nie przebiegła tak gładko. Marta mając pełen dom, jak przystało na gościnną gospodynię, myśli o przygotowaniu gościom posiłku. Jest ona bardzo praktyczna: oczywiście goście są spragnieni, oczywiście są głodni. Marta, będąc podobna do każdej z nas, znika zatem w kuchni by wszystko przygotować. Przeszukuje swoje zapasy. Garnki i patelnie idą w ruch. W tym pośpiechu wszystko leci z rąk. Docierają do niej rozmowy. Ona tu sama, a przecież ma siostrę. Gdzie się podziała Maria? Co ona sobie wyobraża? Że ja sama tutaj jestem z całą pracą, a ona tam będzie się przysłuchiwać słowom Jezusa? Zdenerwowanie Marty narasta. Czy wszystko musi być wyłącznie na jej głowie? Nikt o nią nie dba! A to przecież oczywiste, że Maria powinna być tu z nią w kuchni. Trzeba zająć się jedzeniem, a nie tam przesiadywać bezczynnie z gośćmi. W jej głowie kłębią się myśli, emocje nią targają. Marta wreszcie wpada zdenerwowana do gości. Przerywa toczące się rozmowy. Przerywa wypowiedź Jezusa. Zwraca się do Niego z pretensją, czy i Ty, Jezu, nie dbasz o to, że siostra mnie pozostawiła w kuchni? Pozwalasz na to, by Maria, zamiast pomagać mi, siedziała tu z wami? Przecież to oczywiste, że miejsce kobiety jest w kuchni. To oczywiste, że najważniejsze to nakarmić was. Oburzona poucza samego Jezusa. Wiem czego wam potrzeba, Każ pomóc Marii w tym, co robię, co jest dla was, gości dobre, nakazuje. Postawa Marty powoduje wyraźne napięcie. Marta nie zwraca się bezpośrednio do siostry. Powiedz jej, żeby mi wreszcie pomogła w kuchni, zamiast tu siedzieć z Tobą, mówi do Jezusa. Chwila konsternacji … Czy wszystko dzieje się naprawdę jak należy? Kto powstrzyma tę kobietę? Ona przesadziła, robi się niegrzeczna, jak można tak traktować gości, jak można publicznie prowadzić taki atak?

Jakże cenne jest to, że możemy zobaczyć Jezusa reagującego na to napięcie, na ten rodzący się konflikt. Jezus zupełnie nie dostraja się do stylu rozmowy zdenerwowanej Marty. Nie gani jej. Nie odsyła Marii do pomocy Marcie, żeby ulżyć siostrze. On troszczy się o obie kobiety. Nie pozwala na to, by rywalizowały ze sobą. Nie pozwala na konkurs o wyższości suto zastawionego stołu nad towarzyszeniem gościom w rozmowach. Jezus widzi frustrację, nadmierne zatroskanie Marty, które z jej przemęczeniem stworzyły taką wybuchową mieszankę. Z troską w głosie zdaje się ją pocieszać, przytulać. Nie wdaje się w dyskusję. Marto, Marto… zbyt wiele masz na głowie, zbyt wieloma sprawami się kłopoczesz, Maria dobrze robi będąc tu z nami, słuchając mnie – Jezus łagodnie mówi do Marty.

Jezus pokazuje, że bycie blisko drugiego człowieka jest dobre, że bycie blisko Niego jest dobre i ma wieczny wymiar. Jego łagodna odpowiedź wyraża troskę o dobre relacje sióstr. Jezus wskazuje Marcie, że zaangażowanie się w wiele spraw jest przyczyną jej frustracji. Nie prowadzi do spełnienia, do satysfakcji. Realizowanie swojej, wydawałoby się oczywistej koncepcji gościnności prowadzi tak naprawdę do niezauważenia, pominięcia samych gości.

Jezus dzisiaj woła każdą z nas. Alino, Alino…, Olu, Olu…, Aneto, Aneto… Magdo, Magdo… „troszczysz się i kłopoczesz o wiele rzeczy; niewiele zaś potrzeba, bo tylko jednego” (Łuk 10:42). W codziennej gonitwie, chcę się uczyć zatrzymania, by usiąść, posłuchać Jego głosu. Sięgać po tę dobrą cząstkę, która nie będzie mi zabrana. On da odpocznienie, nauczy liczyć dni, pomoże odkryć, co jest ważne, nauczy dostrzegać piękno różnorodności w innych ludziach. Jednak On nie chce być jedynie nauczycielem zarządzania czasem, nauczycielem budowania i ratowania relacji… On jest tym, który nas zbawia, ratuje przed niewolą własnych pomysłów na życie. Jezus nas ratuje przed bezrefleksyjnymi oczywistościami, przed uleganiem presji, przed wewnętrznym przymusem zabiegania o aprobatę otoczenia. On nie przyszedł, by nauczać, by prawić morały i być dobrym przykładem. Jezus przyszedł, aby umrzeć, przelać krew i wypić kielich przekleństwa i kary, abyśmy mogli doświadczać błogosławieństwa i miłości wzajemnej.