Dobra miejscówka

Wakacje za nami. Wakacje to czas podróży i wyjazdów. Podróżując autem mamy zapewniony komfort posiadania miejsca do siedzenia przodem do kierunku jazdy i wielką szansę, że będzie to miejsce przy oknie. Podróżując pociągiem tej pewności już nie ma. Dlatego cudownym pomysłem są miejscówki. Pasażer dokupując do biletu miejscówkę już wie, że miejsce siedzące będzie i może wybrać miejsce w kierunku jady pociągiem, przy drzwiach przedziału, czy przy oknie. Mając bilet z miejscówką czujemy się komfortowo. Nie trzeba się spieszyć z wchodzeniem do pociągu, by zdobyć miejsce. Ono tam na mnie czeka. Osobę, która przypadkowo zajęła to miejsce mogę poprosić o ustąpienie mojego miejsca wskazując mój bilet z miejscówką.

Zdobywanie dobrej miejscówki przenosi się z pociągów, samolotów do wielu innych miejsc naszego życia. Podczas letniego obozu rodzinnego w 140 osobowej grupie jednym z punktów jest czas wspólnego śpiewu podczas porannych i wieczornych spotkań. Po kilku dniach zajęłam pierwsze z brzegu wolne miejsce. Jednak jeden z obozowiczów stanął nade mną i spojrzał wymownie. Zrozumiałam, że to było „jego” obozowe miejsce. Starszy pan uśmiechem na twarzy potwierdził moje domysły. Ustąpiłam mu więc miejsca. Podobnie bywało na stołówce. Niektórzy ludzie przez cały tydzień obozu zajmowali „swoje” miejsca przy stole. Chcąc z nimi porozmawiać podczas posiłku trzeba było się dosiąść, robiąc małe zamieszanie. Okazuje się, że szukamy swojego miejsca i szybko, bo po kilku dniach, mamy już to swoje miejsce przy stole, czy swoje miejsce w ławce.

Pamiętam z dzieciństwa taką praktykę z kościoła katolickiego. Najlepsze miejsca były zarezerwowane dla konkretnych osób, które zapłaciły za swoje miejscówki. Na kościelnych ławkach widniała imienna tabliczka z nazwiskami osób uprawnionych do siedzenia w konkretnym miejscu. Taka praktyka niejako wprowadzała porządek i dawała osobie, która zapłaciła, gwarancję miejsca siedzącego. Do dzisiejszego dnia taka praktyka w wielu kościołach ma miejsce.

Historia ławek w kościołach sięga XVI wieku, czyli czasów po reformacji. W większości kościołów protestanckich kładziono nacisk nie na gesty liturgiczne, lecz na kazanie udzielane przez kaznodzieję. Interpretacja Biblii przez miejscowego pastora była głównym tematem liturgii protestanckiej i prowadziła do długich wykładów z ambony. Tak też, jako pierwsi z ławek zaczęli korzystać protestanci. Potem zostały wprowadzone one w kościołach katolickich, przede wszystkim w Anglii i Ameryce Północnej. Homilie stawały się coraz dłuższe, a siedzenie podczas różnych części mszy było coraz częstsze. Jednakże ławki nie zostały zaakceptowane przez chrześcijan Wschodu. Do dnia dzisiejszego w cerkwiach nie zobaczymy ławek.

To przywiązanie do ulubionego miejsca w kościele, tak jak na stołówce obozowej daje poczucie bezpieczeństwa, i na pierwszy rzut oka wprowadza ład i porządek. Nie ma zamieszania, rozglądania się za wolnym miejscem. Jednak z drugiej strony, pilnowanie swoich miejscówek, dbanie o swoje nietykalne miejsce w ławce kościelnej, nie jest zamysłem Tego, który kościół buduje. Dbałość o swoje siedzące wygodne miejsce w ławce kościelnej nie jest synonimem znalezienia swojego miejsca w kościele. Może się okazać, że dbałość o swoją świetną miejscówkę w kościelnej ławce, z poduszeczką, żeby było wygodnie, z dobrym widokiem na mównicę i na chór, może być oznaką braku miejsca w żywym kościele. Może być oznaką skostnienia i niezrozumienia pojęcia „moje miejsce w kościele”.

Okazuje się, że generalnie siedzenie w wygodnych fotelach niestety nie jest odpowiedzią na poszukiwanie stabilnego zdrowego życia w równowadze. Według Światowej Organizacji Zdrowia, siedzący tryb życia jest na czwartym miejscu listy przyczyn zgonów, których można było uniknąć. Jak piszą specjaliści siedzenie jest gorsze niż palenie, zabija więcej ludzi niż HIV i jest bardziej niebezpieczne niż skoki na spadochronie. Lista dolegliwości i chorób spowodowanych długotrwałym siedzeniem przy biurku jest długa: bóle kręgosłupa, szyi, drętwienie i mrowienie kończyn, problemy z oddychaniem, żylaki, otyłość, a nawet nowotwory. Godzina siedzenia skraca życie o 21 minut. Siedzenie zabija. Co zatem zrobić, żeby nie zasiedzieć się na śmierć? Ruszyć z miejsca, mówią specjaliści. Powstaje mnóstwo inicjatyw by zachęcić ludzi do ruchu. Wielkie akcje biegania, spacerowania. W kalendarzu pośród wielu nietypowych świąt, 9 lipca obchodzony jest Dzień Chodzenia Do Pracy Inną Drogą. Wszystko po to, by uświadamiać, zachęcać do ruchu, by ratować ludzi przed śmiertelnym siedzeniem.

Prawdę o potrzebie ruchu w naszym życiu świetnie wyraził Albert Einstein w słowach: „Życie jest jak jazda na rowerze. Żeby utrzymać równowagę, musisz się poruszać do przodu, nie możesz się zatrzymywać…”.

Wszyscy znamy słowa Jezusa zapisane w Ewangelii Mateusza 28:19-20 nazywane Wielkim Posłannictwem. Znajduje się tam polecenie dla uczniów Jezusa, aby i innych czynić uczniami. Pan Jezus podaje również sposoby, które umożliwiają posłuszeństwo Wielkiemu Posłannictwu. „Idąc”, „chrzcząc”, „nauczając” to czynności, przez które wypełniamy polecenie, by „czynić innych uczniami.”

W obrazie kościoła, którym Budowniczym jest Jezus, nie ma nakazu zajmowania miejsc, nie ma wygodnych miejscówek z dobrym widokiem. Kościół jest opisany jako ciało, żywy organizm, który nieustannie się rozwija, nieustannie jest pełen dynamiki. Jak czytamy zachętę, nakaz, „abyśmy, będąc szczerymi w miłości, wzrastali pod każdym względem w niego, który jest Głową, w Chrystusa, z którego całe ciało spojone i związane przez wszystkie wzajemnie się zasilające stawy, według zgodnego z przeznaczeniem działania każdego poszczególnego członka, rośnie i buduje siebie samo w miłości” (Ef 4:19-20). Kościół to nie zbiorowość świetnych, niezależnych osobowości, to nie skupisko wygodnych miejscówek. Jak czytamy, kościół to żywy dynamiczny organizm. Wzajemnie zasilające się stawy umożliwiają ruch. Stawy sprawiają, że kości mogą się poruszać względem siebie.

Życie ludzkie jest często określane jako podróż, jako droga. Gdzieś się zaczyna, gdzieś się kończy. Jak napisał Salomon, serce ludzkie obmyśla jego drogę (Przyp 16:9). Psalmista wyróżnia dwie drogi: drogę sprawiedliwych i drogę bezbożnych, drogę grzeszników (Ps 1). Droga to ruch, rozwój, dynamika. To nie jest miejscówka.

W pierwszych rozdziałach Pisma czytamy o człowieku imieniem Henoch, który trzysta lat chodził z Bogiem (1 Mój 5:21-24). Autor Listu do Hebrajczyków wymienia Henocha, jako jeden z bohaterów wiary. Czytamy, że „przez wiarę zabrany został Henoch, aby nie oglądał śmierci i nie znaleziono go, gdyż zabrał go Bóg. Zanim jednak został zabrany, otrzymał świadectwo, że się podobał Bogu(Hebr 11:5).

Bogu podoba się chodzenie z Nim, chodzenie Jego ścieżkami. Ja jestem drogą do domu Ojca, powiedział o sobie Jezus (Jan 14:6). Zarówno fizycznie i duchowo siedzenie zabija. Szukajmy Go, chodźmy z Nim, chodźmy w Jego świetle, chodźmy Jego ścieżkami. „Panie wskaż mi drogi swoje, ścieżek Twoich naucz mnie! Prowadź mnie w prawdzie swojej… Pan jest dobry i prawy, dlatego wskazuje drogę grzesznikom. Prowadzi pokornych drogą prawa i uczy ich drogi swojej…” (Ps 25:4,5,8,9).