Witamy na stronie | Przyjdź Królestwo Twoje w nas i przez nas

Duch Kargula i Pawlaka

Wszyscy Polacy znają doskonale trzy bodaj najbardziej znane i lubiane komedie z udziałem dwóch głównych bohaterów, których nazwiska przywołałem w tytule tego artykułu. Ich prześmieszne dialogi i rozbawiające do łez sceny znamy na pamięć, a niektóre frazy lub całe zdania stały się powszechnie znanymi sentencjami, które na stałe wrosły w nasz polski język.

Nie są to bynajmniej głupawe komedie, jakich pełno dzisiaj na różnych kanałach telewizyjnych – bez głębszego sensu i smaku, a zmuszające widza do śmiechu, choć często są to po prostu produkcje żałosne, a wygłupy „aktorów” wręcz nie do zniesienia. Zresztą po odejściu wielkiego aktora i artysty polskiej sceny, Wojciecha Pokory, chciałoby się wręcz powiedzieć, że prawdziwych aktorów już nie ma!

Tryptyk komediowy z głównymi bohaterami: Pawlakiem i Kargulem jest komediowym co prawda, ale kawałkiem dobrze opisanej polskiej powojennej rzeczywistości, która dlatego, że jest opowiedziana z wielkim poczuciem humoru, może nam wiele powiedzieć o pokoleniu naszych dziadków, ba, nawet rodziców, których już coraz mniej na tym świecie. Bo kto dzisiaj wysili się, by oglądać filmy dokumentalne z tamtego okresu?

Komedie te opisują jednak dość dosadnie również polską mentalność, nasze – paskudne niestety – przywary i cechy narodowe, z których możemy się śmiać, ale które wcale nie przynoszą nam chluby w tym świecie. W osobach Kargula i Pawlaka oraz ich relacjach osobistych i rodzinnych widzimy jak w lustrze jedną z głównych polskich przywar: kłótliwość, konfliktowość, złość, wręcz nieodzowną konieczność posiadania wroga (najlepiej tuż za miedzą), takiego „na własnej krwi chowanego”, do którego będziemy mieli niechęć czy wręcz nienawiść „aż nas śmierć rozłączy”. Ale to nie koniec, bo będziemy pilnie wpajać naszym dzieciom, żeby też się nie znosiły i przenosiły wzajemną sąsiedzką wrogość na kolejne pokolenia. Komu jak komu, ale Pawlakowi czy Kargulowi nigdy nie daruję! „Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.

Śmiejemy się z tych dialogów, ale nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego, że tak w skrytości ducha myślimy i często postępujemy! Trudno dziś znaleźć prawdziwych przyjaciół, których poznaje się w biedzie, ale tak łatwo narobić sobie wrogów – i w tym, jako Polacy, jesteśmy zapewne mistrzami świata. Mieliśmy ich oczywiście w historii bez liku, byliśmy ciągle polem bitwy dla państw i mocarstw naszego kontynentu. Syndrom wroga (-ów) przenieśliśmy jednak w naszej narodowej świadomości na poziom naszych międzyludzkich stosunków i do dziś nie potrafimy żyć w zgodzie z innymi. Jakoś bez wroga za miedzą nieswojo, pusto i zdecydowanie za cicho.

Kiedy po latach życia w czasach komuny (jak to słowo dziwnie brzmi w tym kontekście) widziałem na własne oczy w telewizji, jak rozwala się mur berliński, jak zniesiono granice, dano nam do ręki paszporty i zaczęliśmy swobodnie podróżować po świecie – zaczęliśmy wtedy oddychać powietrzem wolności i swobody. Niemiec przestał być taki straszny, Rosjanie przywozili nam kolorowe telewizory, a i sami rodacy jeździli na wschód i niejeden wzbogacił się na tej „turystyce”. Kapitalistyczna, zgniła Ameryka (tak nas wtedy uczono w szkołach) stała się otwarta na tych, którzy mogli pojechać, dobrze zarobić, a potem wrócić i pobudować nowe domy, a w garażach postawić nowe samochody. Zaczęliśmy powoli wychodzić z naszego „zaścianka” kompleksów, zaczęliśmy czuć się Europejczykami, by nie powiedzieć zbyt górnolotnie – obywatelami świata. Zaczęto nas w świecie postrzegać coraz bardziej pozytywnie, a nawet czasami z szacunkiem. Mogło być tak dalej i coraz piękniej. Komu to przeszkadzało?

Tymczasem z przykurzonych szaf naszej narodowej mentalności znów zaczynają wyłazić dawne demony i upiory: faszyzmu, totalitaryzmu, antysemityzmu i innych ksenofobii. Zamiast nowych przyjaciół, powracają starzy wrogowie, pojawiają się nowi, bo bez nich nie potrafimy na dłuższą metę żyć. Dlaczego tak jest? Przecież jesteśmy krajem i narodem o tak długiej tradycji chrześcijańskiej. Czyż ona nie zobowiązuje nas do chrześcijańskiego układania relacji z innymi ludźmi i innymi narodami? Czy każdy musi mieć koniecznie swojego własnego Kargula? Czy Polska musi nadal tkwić pomiędzy wrogami z każdej niemal strony?

Pan Jezus uczy nas, chrześcijan, abyśmy byli wolni od nienawiści i zła, abyśmy potrafili kochać swoich wrogów, dobrze czynić tym, którzy nas nienawidzą, modlić się za nich i dobrze im życzyć! (Ew. Łuk 6,27). Apostoł Paweł uczył chrześcijan swoich czasów: „Jeśli to z waszej strony możliwie, zachowujcie pokój ze wszystkimi” (Rz 12,18). Gdzie nasze posłuszeństwo Słowu Bożemu? Gdzie nasz respekt do Boga, który nas – wrogo do Niego usposobionych – ukochał, przebaczył nam nasze winy i chce, abyśmy tak samo przebaczali tym, którzy przeciw nam zawinili (Ew. Mat 6,12). Tak przecież modlimy się od dzieciństwa!

W tych niespokojnych dniach i miesiącach polecam te słowa ku rozwadze nam, chrześcijanom, zwykłym ludziom, ale także naszym politykom i władzom naszego kraju. Usuwajmy nienawiść i wrogość z naszych serc i umysłów, zabijajmy w sobie ducha Kargula i Pawlaka. Niech zwycięży w nas Duch Jezusa – duch pokoju i zgody!