Uwaga To tymczasowa wersja strony Baptysci.PL. Wkrótce premiera serwisu w pełnej odsłonie. Przepraszamy za niedogodności.

Wiara, nadzieja, miłość

 

 

Wiara to działanie

Paweł, myśląc o wierze Tesaloniczan, nie mówi: „mam w pamięci wasze wzniosłe uniesienia duchowe w trakcie śpiewu”. Nie mówi również: „mam w pamięci wasze modlitwy, w których tyle było poprawnej teologii, że aż serce się budowało”. Mówi raczej o „dziele”.

To działanie w wierze jest najlepszym dowodem na to, że ktoś wierzy. Pisze o tym również Jakub. „Pokaż mi wiarę swoją bez uczynków” – podpuszcza swego adwersarza (2;18). No pokaż. Co pokażesz? Nic nie pokażesz. No właśnie. „A ja pokaże ci wiarę z uczynków moich” – dodaje w dalszej części tego samego wersetu.

Spór o rolę wiary i uczynków w zbawieniu nie dotyczy tego, czy uczynki są, czy ich nie ma. Są. „Wiara, jeśli nie ma uczynków, martwa jest sama w sobie” (Jak 2:17). Spór dotyczy natomiast ich miejsca i znaczenia: czym są, jak się pojawiają. I najwyraźniej opisuje ich właściwe miejsce Paweł właśnie – i we wskazanym miejscu w 1 Tesaloniczan i w Efezjan 2:8-10: uczynki to owoc wiary.

Wiara, i to sama, nie uczynki, łączy nas z Chrystusem i sprawia, że otrzymujemy w darze wszelkie duchowe błogosławieństwo (Ef 1:3) będące w Nim, pozyskane dla nas przez Jego krzyż. Ale wiara jest dobrym drzewem. Rodzi owoce. Zmienia nas. Inaczej byłaby martwa, bezproduktywna, nieistotna. Nie byłaby prawdziwą wiarą, skoro wiara to uznawanie kogoś za wiarygodnego, kompetentnego, ważnego. Wiara w Boga i Jego Chrystusa musi więc być wiarą Bogu i Jego Władcy.

A wiara Komuś polega na podejmowaniu decyzji wedle Jego zaleceń i zasad.

W czym widać Twoją wiarę? W jakich Twoich decyzjach? Jakich wartościach? Jakich wyborach – odnośnie spędzania czasu, inwestycji finansowych, zasad wychowania dzieci, wypoczynku? W czym mógłbyś ją wskazać – poza spędzaniem 2 godzin tygodniowo na nabożeństwie? W czym: w zachowaniu w pracy, wobec sąsiadów, wobec rodziny? Jakie dzieło wykonuje w Twoim życiu? W jakich w końcu priorytetach i celach? Czy myślisz, czym Bogu sprawić przyjemność? Czy myślisz, po co jesteś na tej ziemi i po co Bóg Cię zbawił? Jakie dzieło chce wykonać w Tobie i przez Ciebie Duch Święty? Jakimi talentami masz służyć, gdzie i w jaki sposób? Jaką zmianę chce dokonać przez twoje istnienie? Na kogo wpłynąć? Komu pomóc? Co zmienić?

Wiara, która się nie wciela; wiara, która nie zmienia; wiara, która nie zostawia śladu – jest martwa. Nieistotna. Mogłoby jej nie być. Nikt by tego nie zauważył. Czy zniknięcie wiary w twoim życiu otoczenie by rozpoznało? Pracujmy nad nią. Zastanawiajmy się, jak może i powinna się przejawiać w postawie, w rodzinie i w pracy. Dzieło wiary: oto dowód na jej istnienie.

 

Miłość to trud

Bardzo lubię te słowa apostoła Pawła. Są tak wbrew cukierkowym wyobrażeniom dzisiejszej kultury. Rzadko dziś łączy się te dwie wartości. Miłość to ochy i achy. Miłość to uniesienia, wzniosłe uczucia, emocjonalne uwolnienie. A trud to wysiłek wbrew sobie. To wyrzekanie się siebie: tego, na co mamy ochotę, co lubimy, w imię jakiejś konieczności, często niemiłej, nieinteresującej. Trud to dla większości przekleństwo. Zły wysiłek, który należy omijać szerokim łukiem.

Czy Paweł więc się nie mylił? Czyż apostoł Jan nie naucza, że miłość ku Bogu polega na tym, „że się przestrzega przykazań jego, a przykazania jego nie są uciążliwe” (1J 5:3)? To jak w końcu – są uciążliwe, czy nie? Są trudem, czy nie są? Są. Tyle, że nie zawsze. Jak relacja małżeńska. Gdyby była tylko trudem, byłaby przekleństwem, a nim nie jest. Jest źródłem błogosławieństwa i wielu wspaniałych błogosławieństw.

Niemniej, jak w każdej miłości, o czym przypomina nam tutaj Paweł, pojawia się potrzeba ofiarności. Wyrzeczenia. Rezygnacji z siebie. Miłość daje. Daje chętnie, bo chce. Ale czasem – i trzeba to uczciwie powiedzieć, i trzeba o tym pamiętać – nie chce. Nie chce z różnych przyczyn. Czasem zmęczenia. Czasem gniewu, zawiści, złości. Zgorzknienia, zniechęcenia. Zapatrzenia w siebie; własnego egoizmu. Lęku przed odrzuceniem.

Z powodów wielkich i małych, powiązanych tak z naszymi ograniczeniami, którym nie jesteśmy winni, jak i ewidentnym grzechem. I w takich chwilach trzeba sobie przypomnieć, że miłość to trud. To decyzja przekroczenia tego wszystkiego, co nas hamuje przed dawaniem. Wbrew sobie: lękom, poczuciu niepewności, obaw. Czasem wbrew naszym najgłębszym instynktom; ukształtowanym stereotypom.

Miłość to trud. Inaczej mało jest warta. Brakuje jej najważniejszego: kosztownego dania siebie, bez którego staje się wydmuszką, jedynie obopólną korzyścią, której jednak brakuje trwałości i stabilności. Których znów właśnie nie będzie bez trudu: bez zgody na to, by zrezygnować, przebaczyć, odpuścić, poświęcić siebie.

W czym widać twoją miłość? Do Boga i ludzi? Czy odpuszczasz braciom i siostrom w zborze, czy mogą liczyć na Twoją niezawodność w wypunktowaniu wszystkich braków i potknięć? W czym widać twoją miłość do męża bądź żony? W odpuszczeniu czego i kiedy? W poświęceniu czego i kiedy? We wstydliwym przyznaniu się do własnej winy, wbrew sobie. Czy też nigdy jeszcze do takiej sytuacji nie dopuściłeś(-aś)? W czym widać twoją miłość do Boga? Co sprawia ci trud w postawie do Niego? Nad czym pracujesz? Co zmieniasz, wbrew sobie?

Jeśli nie ma wysiłku, nie ma miłości. Nie ma dawania. Jest tylko branie, które prędzej czy później natrafi na skałę zgorszenia. Która bez zasobów samozaparcia może okazać się rafą, na której się rozbijesz.

 

Wytrwałość w nadziei

To chyba najtrudniejsze. Nie chce nam się czekać. Kultura konsumpcyjna podpowiada nam, że wszystko należy się od razu i gotowe.

Nie sądzę, że Bóg się owym roszczeniom poddaje. „U Pana jeden dzień jest jak tysiąc lat” (2P 3:8). Bóg ma czas. Kiedy zdenerwował się na Izraela na pustyni, nie powiedział: „Ojej! Już tyle lat zainwestowałem w Izraela – no nie, to musi mi się zwrócić, nie zdążę ze swoim planem!” Czytamy o Jego swobodzie i suwerenności: „Patrzę na lud ten i widzę, że jest to lud twardego karku. Teraz zostaw mnie, żeby zapłonął mój gniew na nich. Wytracę ich, a ciebie uczynię wielkim ludem” (Wj 32:10). Boga nikt nie może zaszantażować. On wie; On sobie poradzi; On robi co zechce – i wraca, kiedy zechce i sądzi, kiedy zechce. On jest Bogiem.

Ale nasza nadzieja, trwałość naszego oczekiwania na Boga, dynamika naszego liczenia na Boże działanie jest ciągłym wyzwaniem. I było tak w Starym Przymierzu, podobnie jak za czasów apostolskich, jest i dziś. Nadzieja to pożyczka radości, pokoju i stałości z przyszłości. Nie ma jeszcze tego, co daje nam owe dobrodziejstwa. Ale już jest w naszym sercu. Już wypełnia nas swą obecnością. Już strzeże naszej duszy; już rozświetla; już sprawia, że żyjemy w nowy sposób, w nowej rzeczywistości.

Oto nadzieja. Uczucie najbardziej ryzykowne – nie wszystkie nadzieje bowiem okazują się ziszczać, czyli stawać teraźniejszością. Stąd nasze polskie przysłowie, że „nadzieja jest matką głupich” – i rzeczywiście, nadzieja na wygranie w totka, znalezienie 100.000 złotych na ulicy, czy inne wysoce niespotykane zjawiska raczej wprowadzają w nasze życie fałsz, niż prawdę. A życie w fałszywych oczekiwaniach jest złem, o czym zresztą przekonuje sam Paweł pisząc, że „jeśli Chrystus nie został wzbudzony, daremna jest wiara wasza” (1Kor 15:17). Wiara w nowe życie, przemieniony świat, wiek, który nadchodzi, przebaczenie grzechów, dziedzictwo wieczne – to wszystko jest głupotą – o ile Chrystus nie zmartwychwstał._

Ale zmartwychwstał. A skoro zmartwychwstał, to głupotą jest NIE żyć w perspektywie tego wszystkiego, co w Chrystusie jest obiecane tym, którzy Mu ufają! To praktyczna niewiara. Zaprzeczenie wiarygodności Bożych obietnic.

Stąd wytrwałość dowodzi nadziei. Nadzieja wytrwała to taka, która trwa. Nie przemija, Nie zatrzymuje się. Nie zanika. Czeka ufnie. Czeka, nie tracąc radości, pokoju. Czeka bezpiecznie wiedząc, czemu czeka – a czeka ufając Temu, który złożył obietnicę, że czekać warto.

Mam wrażenie, że tej nadziei nam bardzo często brakuje. Że zachowujemy się tak, jakby podstaw dla nadziei nie było, albo były słabe. Często łączy się z tym pewien mechanizm. Otóż łatwo wyrażamy nadzieję co do przyszłych błogosławieństw, dotyczących wieczności. Wyznajemy życie wieczne, wspaniałe dziedzictwo itp. Brakuje nam jednak pewności co do Bożych błogosławieństw tu i teraz. Mamy wbudowane mechanizmy zaprzeczania realizacji owych obietnic w doczesności. Mówimy: tak, wszystko się zmieni, jak przyjdzie Chrystus. A do tego czasu...

No właśnie. Co do tego czasu? Czy można żyć, jak gdyby nie było nadziei dla doczesności? Jak gdyby Chrystus już o czasach od swego wniebowstąpienia powiedział: „dana mi jest (a nie: będzie mi dana) wszelka (a nie: częściowa) moc na niebie i na ziemi (a nie: tylko na niebie)”? Tymczasem właśnie tak żyjemy: jak gdyby Chrystus powiedział: do czasu swego przyjścia mam moc, ale częściową, i nad ziemią nie za dużą. Choć trochę mam – warto popróbować od czasu do czasu, kto wie, może mi się uda troszeczkę ten świat zmienić.

Taka postawa nie jest wytrwałością w nadziei. Jest jej zaprzeczeniem. Królestwo Boże, które przyjdzie w pełni wraz z powrotem Jezusa Chrystusa musi dawać nam znaki już tu i teraz. Musi przychodzić w nas i przez nas, bo inaczej wszystkie obietnice o obecności Bożej i panowaniu Chrystusa byłyby fikcją. Byłyby nieweryfikowalne. Tak, czekamy na spełnienie. Ale nie, nie jest tak, że nic nie nadeszło. Duch jest posłany, Słowo działa, a „zwycięstwo, które zwyciężyło świat – a nie dopiero kiedyś zwycięży – to wiara nasza” (1J 5:4).

Miejmy więc nadzieję. Nie upadajmy. Nie rezygnujmy. Nie cofajmy się i nie uciekajmy. Świat nam nic zrobić nie może. Nie bójmy się iść i walczyć o Boże sprawy w nadziei zwycięstwa i powodzenia. Mamy siać w nadziei (1Kor 9:10) – a nie w poczuciu braku sensu naszego działania.

Fakt, że od Boga zależy wzrost (1Kor 3:7), ma być dla nas źródłem zachęty w spełnianiu Jego woli; On ma moc ją realizować i sam nas do tego dzieła posyła. Pamiętając, że czas należy do niego, „czynić dobrze nie ustawajmy, albowiem we właściwym czasie – i on nadejdzie kiedyś na pewno – żąć będziemy bez znużenia” (Gal 6:9).

Wiara, miłość, nadzieja. Działanie, wysiłek, niezłomność.
Niech Bóg nam zdarzy łaski i dodaje w sercu tych trzech postaw, aby wyrażały moc Ewangelii Chrystusowej w naszym życiu, Amen.