Jak Bóg poprowadził mnie do Koszalina

Jak Bóg poprowadził mnie do Koszalina

Wydrukuj Email

Cztery lata temu przeprowadziliśmy się z rodziną do naszego pierwszego własnego mieszkania. Po dwudziestu dwóch latach małżeństwa, mając już prawie dorosłe córki, byliśmy wreszcie, jak to się mówi, „na swoim”. Powiedziałem wtedy, że następna przeprowadzka będzie już tylko z walizką. Nie będziemy zabierać tych mebli, lodówek, pralek, które do tej pory zawsze wlekliśmy za sobą. Nie wiedziałem, że wypowiedziane od niechcenia słowa wkrótce się wypełnią.

Od urodzenia niemalże aż do ślubu mieszkałem z rodzicami i siostrami w jednym mieszkaniu. Tuż przed moim ślubem rodzice zamienili swoje M3 na nieco większe i nowsze. Wtedy przeżyłem pierwszą w życiu przeprowadzkę. Moja żona Ania, pochodząc z wojskowej rodziny, miała zupełnie inne doświadczenia. Przez cały czas służby jej ojca przeprowadzała się z rodziną wiele razy, wędrując po całej Polsce. Kiedy Bóg połączył nas ze sobą, oboje mieszkaliśmy w Toruniu. Od razu po ślubie planowaliśmy przeprowadzić się do Włocławka. Chcieliśmy dołączyć tam do grupy wierzących osób i wspólnie pracować nad zakładaniem nowego zboru. Mimo, że te plany się nie ziściły, nie zmieniło to faktu, że nasze wspólne życie naznaczone zostało wędrówką. Co prawda nie przebiliśmy w ilości przeprowadzek rodziców Ani, ani wielu misjonarzy czy pastorów. Jednak i tak na dwadzieścia sześć lat wspólnego życia mieszkaliśmy w dziewięciu mieszkaniach w czterech miastach w Polsce. Koszalin okazał się kolejnym, w którym przyszło nam układać nasze dalsze życie.

Już teraz widzę, że z tego pozbawionego stałości trybu życia wynika jednak ogromna korzyść. Tam, gdzie mieszkaliśmy poznawaliśmy ludzi, z którymi łączą nas do dziś więzi niczym oczka w sieci. Cząstka naszego serca bezpowrotnie została w Toruniu, w Warszawie, Tczewie i Gdańsku. Teraz przyszedł czas, by kolejny kawałek swojej sieci tkać w Koszalinie.

Dwadzieścia pięć lat temu przyjechaliśmy razem z Anią do Koszalina po raz pierwszy. Byliśmy wtedy rok po ślubie i odwiedzaliśmy naszą rodzinę. Wtedy też trafiliśmy na nabożeństwo do kościoła na Podgrodziu. Nigdy nie myślałem o tym, że ćwierć wieku później zostanę pastorem tego właśnie zboru, zboru który kojarzył mi się do tej pory z wakacyjnym wyjazdem.

Pierwszy raz zaproszony do Koszalina na niedzielne kazanie jechałem z Radości po Konferencji Kaznodziejskiej. W trakcie drogi w jednym samochodzie z koszalińskimi braćmi mieliśmy okazję troszkę bardziej się poznać. Myślałem, że szybko zawiozą mnie na miejsce mojego noclegu. Jakież było moje zdziwienie, gdy po drodze zajeżdżaliśmy to tu, to tam w gości. Już niedługo przekonałem się, że gościnność jest cechą tego zboru. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżałem tu czy w niedzielę, czy w tygodniu, byłem zapraszany do coraz to nowych domów. Często miałem wrażenie, że trafiłem na jakąś imprezę, bo stół był suto zastawiony, a na posiłek były zaproszone jeszcze inne osoby. Po krótkim czasie miałem już dobrą orientację, kto jest kim. Można powiedzieć, że zbór poznałem od kuchni. Spędzając wspólnie czas przy śniadaniach, obiadach, kolacjach czułem się wciągnięty w nowe relacje jak w wir.

Żyjemy w czasach projektów i szkoleń przygotowujących do ich wykonania. Są i projekty zakładania zborów, powstawania służb i ich rozwijania. Misje, strategie, plany, wizje... - te słowa brzmią niczym zaczerpnięte ze słownika biznesowego. Jednak strategie są dobre dla strategów, plany dla planistów. Bardzo różnimy się od siebie w pojmowaniu swojej roli w rozwoju kościoła. Niektórzy są podobni do apostoła Pawła, który dążył do zrealizowania ściśle wyznaczonych celów. Inni z kolei przypominają Tymoteusza, który poświęcił się, by odpowiedzieć na potrzebę zboru w Efezie. Jeszcze inni ciągle próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości, nie zauważając Jezusa idącego obok, tak jak uczniowie podążający do Emaus.

Droga, którą prowadzi nas nasz Pan, nie rzadko wykracza poza możliwość jej przewidzenia i nie odpowiada naszym wyobrażeniom o Bożym działaniu. Dla mnie o wiele ważniejsze od rozumienia tego, co działo się wokół, było upewnianie się, czy Bóg jest ze mną, a raczej czy ja jestem z Nim. Psalm 32:8 dobrze oddaje tę myśl: „Pouczę ciebie i wskażę ci drogę, którą masz iść; Będę ci służył radą, a oko moje spocznie na tobie”.

W podejmowaniu decyzji sprawowania służby pastorskiej w koszalińskim zborze ważne było to, czy moje obdarowanie jest zgodne z oczekiwaniami społeczności. Wspólnie uznaliśmy, że przez pół roku damy sobie czas na rozpoznanie. Jeżdżąc raz w miesiącu z kazaniem i odwiedzając zbór przy innych okazjach, z powodu grup, wizyt u chorych, starszych, zmagających się z jakimś problemem, dotarliśmy do końca maja. Wtedy to, gdy spędziliśmy całą rodziną weekend z koszalińską wspólnotą, Rada Zboru zaprosiła mnie oficjalnie do służby pastorskiej.

Będąc już prawie przekonanym do Bożego prowadzenia mnie do Koszalina, nie potrafiłem wyobrazić sobie realizacji tego planu. Ania zaangażowana w służbę w Gdańsku, córki - jedna na ostatnim roku studiów, druga w liceum, nie miały ani ochoty ani powodów do przeprowadzki. Zbór w Koszalinie okazał cierpliwość wobec naszej rodzinnej sytuacji. Ustaliliśmy, że moja przeprowadzka nastąpi z początkiem 2019 roku. Dziewczyny dokończą swoją edukację w Gdańsku, Ania stopniowo będzie przenosić swoje zaangażowanie do Koszalina, czuwając jeszcze nad córkami. To wszystko wydawało się niełatwe i choć po ludzku miałem wiele wątpliwości, czy da się to zrealizować, to słowa, które brzmiały w mojej głowie „Ja sam Cię poprowadzę” pozwoliły zrobić krok w niewiadomą przyszłość.

Teraz, gdy doszło do wykonania tego planu mogę stwierdzić, że radość z wypełniania powołania, z głoszenia Słowa Bożego, z relacji z ludźmi, z otwartości zboru, co do moich propozycji rozwijania służby oraz miłość i akceptacja odczuwalne na każdym kroku, pozwalają przechodzić przez trudną dla naszej rodziny sytuację i cieszyć się, że mogę być użyteczny w nowym miejscu.

 

Pastor Sławomir Biliński (Koszalin I)